Wyjątkowego wieczoru nie zapowiadały żadne z okoliczności. Może byłem trochę bardziej uwrażliwiony problemami rodzinnymi, które się w tym czasie równolegle rozgrywały, ale ten temat nie powracał w nadchodzącej powodzi idei, która tak dobrze użyźniła moje zwoje. W zasadzie nie wydarzyło się absolutnie nic ciekawego, ot wpadł do mnie kolega i zajaraliśmy skręta, jak to mieliśmy w zwyczaju. Nie wiem, czy to farsz był wyjątkowo mocny, czy może gwiazdy ułożyły się w odpowiednim układzie, ale poczuliśmy się niespodziewanie odrealnieni. Odrobinę lewitujący mentalnie nad dotychczasowym wymiarem egzystencji. Pogrążyliśmy się w temacie fraktali – specyficznych figur matematycznych, których wizualizacje tworzą fantazyjne wzory bez początku i końca. W każdej skali ujawniają się samopodobne struktury, które dalej można przybliżać w nieskończoność i podziwiać kolejne fascynujące wykwity transformujące się hipnotycznie według jednej reguły, wciąż pozostając wyjątkowymi. Matematykami nie jesteśmy, więc i nasze rozumowanie było powierzchowne i najzwyczajniej błędne w wielu miejscach, ale inspiracja pozostawała prawdziwa i popychająca ku niesamowitym wnioskom.
Jasne stało się dla mnie, że wszechświat również jest fraktalem. Doskonale uzmysłowiłem sobie wyraźne rymy i wzory powtarzające się we wszechświecie. Kształt galaktyki, układu słonecznego, przekroju Ziemi i brzoskwini, a wreszcie atom z kulistym jądrem utrzymującym w polu siłowym nieuchwytne punkty elektronów. Wszystko to połączyło mi się we współzależną całość połączoną subtelną siecią dziwnej geometrii czasoprzestrzennej. Doszedłem do wniosku, że skoro każdy fraktal jest opisany jakimś równaniem matematycznym, to wszechświat zapewne podobnie i istnieje jakiś złoty wzór, który niczym klucz otwiera wrota tajemnicy stworzenia. Wyobraziłem sobie, że istota, która mogłaby go dzierżyć z pewnością byłaby Bogiem.
Wtedy doznałem dreszczu olśnienia, że przecież ten dziwny wywód brzmi dla mnie całkowicie zasadnie i na pewno nie mógłbym wykluczyć prawdopodobieństwa takiego scenariusza, a było w nim miejsce na wszystko, w co dotąd zawzięcie nie wierzyłem. W zasadzie był to pstryczek, który w jednej chwili przetasował mi mój światopogląd. Wybił w nim sporą dziurę, której niewyraźna zawartość mogła być poddana kreatywnej interpretacji w dowolnym stopniu. Nie mogłem być co prawda niczego pewny, ale sama możliwość istnienia Boga otworzyła mi od nowa perspektywę na swoją egzystencję. Od tej pory stałem się agnostykiem.
Rozprawialiśmy z kolegą na temat naszych odkryć do białego rana. Nawet nadaliśmy im miano fraktalizmu lub fraktalozofii i zaczęliśmy je czym prędzej spisywać niczym prorocy rażeni wizją. Kiedy w końcu udało się nam tym zmęczyć, jeszcze długo w łóżku kręciłem się z boku na bok delektując się fantastycznymi perspektywami. Następnego dnia, na spokojnie, okazało się, że może jednak nasze rewelacje nie są na tyle składne, aby stały się sensownymi podwalinami pod nową meta religię, która uratuje wszechświat. Skończyło to bardziej jako wewnętrzny mem, ale zdecydowanie zawierający ziarnko prawdy, które umieszczone w użyźnionych mózgowych zwojach i podlewane świadomą kontemplacją ma potencjał stać się wielkim drzewem.

KONIEC
