
Droga duchowego rozwoju w moim przypadku zaczęła się od iskry, której wyjątkowo udało się pchnąć moje rozumowanie w zupełnie nowym, świeżym kierunku. Przed tym wydarzeniem, mimo sporej ciekawości świata, blokował mnie domyślnie wyniesiony z rodzinnego domu ateizm. Zdążyłem się z nim głęboko utożsamić, nadać mu sporej wartości intelektualnej i uczynić centrum życiowej narracji z immunitetem wobec wątpliwości. Doceniam ten punkt wyjścia przede wszystkim dlatego, że szła za nim neutralność moralna. Brak z góry narzuconych dogmatów odnośnie tego, co jest dobre, a co złe pozwalał mi na uwalniający brak uprzedzeń i dowolność w słuchaniu własnego sumienia, co wydaje mi się szczególnie ważne. Z drugiej strony ateizm w mojej perspektywie jawi mi się jako światopogląd niezwykle radykalny pod kątem egzystencjalnym, co już dobre nie jest (jak każdy radykalizm). Co gorsza ten radykalizm jest sprytnie ukryty za liberalnym racjonalizmem, który jest szczególnie atrakcyjny dla ludzi aspirujących do rangi „intelektualistów”. Był atrakcyjny dla mnie, więc z pełną pewnością wychodziłem z założenia, że boga nie ma, duszy nie ma, sensu nie ma, życia po śmierci nie ma i tak dalej. Na pewno była tylko fizyka i chemia, w które nigdy się nie zagłębiałem, za to czułem pociąg do psychologii. Zawierała w sobie jakąś namiastkę tajemnicy bezpośrednio wpływającej na nasze życia. Oczywiście czymkolwiek by to nie było, dalej musiało być w pełni deterministyczne i mechaniczne, napędzane najprostszymi instynktami, pozbawione wyższej cnoty, tak samo jak reszta świata, w którym żyłem. Jednak byłem ciekawy, co to jest i czułem, że zdobycie pewnej wiedzy na ten temat da mi w życiu przewagę nad tymi żyjącymi w „złudzeniach”.
Życie szybko zweryfikowało taką naiwność i po opuszczeniu bezpiecznego, rodzinnego gniazdka i wyjechaniu na studia egzystencjalna pustka, którą w sobie uprawiałem, zaczęła powoli mnie przytłaczać. Psychologia na studiach jakoś mnie wielce nie zaintrygowała, a ciekawość świata zaczęła się manifestować raczej w próbowaniu kolejnych substancji psychoaktywnych, co zaprowadziło mnie w dosyć ciemne miejsca. Szczytem moich światopoglądowych wojaży było stwierdzenie, że 90% ludzkości powinno zniknąć i może wtedy na świecie byłoby lepiej. Teraz trochę mi wstyd, jak sobie przypomnę, jak duże było moje o tym przekonanie. Wszystko z czasem zaczęło mi się coraz bardziej spłaszczać i szarzeć, nie miałem w życiu nic, co by mnie jakoś ekscytowało poza kolejnymi, coraz częstszymi i dzikszymi imprezami. Wybawiłem się dobrze, ale poza melanżem wszystko rozlewało się w coraz bardziej bezpostaciowego kaca, na którym ludzie wydawali mi się smutni, głupi i nieciekawi, a i ja sam dla siebie się taki stałem. Mój ateizm zgnił do formy nihilizmu negującego jakąkolwiek wartość w życiu i tak się bujałem na granicy bezproduktywnej depresji przez jakieś trzy lata, aż nagle pojawiła się upragniona iskra.
<CZYTAJ DALEJ NA KOLEJNEJ STRONIE>
