W Pewnym Sensie

Vipassana: 10 dni wglądu

Po jedzeniu dostępna była jeszcze jedna, ostatnia atrakcja – spacerniak. Niewielki teren między ogrodzeniem, a kwaterami mieszkalnymi porośnięty przez młode drzewa z paroma wijącymi się między nimi ścieżkami. Przeszedłem je w każdej możliwej kombinacji dziesiątki razy, a każdy nowy wpatrzony szczegół poruszał mną dogłębnie. Cieszenie się naturą ułatwiała cudowna pogoda, która towarzyszyła mi każdego dnia kursu – panowała bezchmurna, krystaliczna, głęboka zima. Oglądałem z każdej strony pokryte szronem szyszki i patyczki, a także z tęsknotą wpatrywałem się w pejzaż po drugiej stronie ogrodzenia zastanawiając się, jakież to rozmaite czynności wykonują ludzie w znajdującym się dość daleko domu majaczącym spomiędzy drzew. Oczywiście miałem stale świadomość, że to tylko dziesięć dni i tak naprawdę w każdym momencie mogę opuścić to miejsce, ale stojąc przy ogrodzeniu naprawdę łatwo było mi wyobrazić sobie, że to prawdziwe więzienie. Bycie więźniem musi być przerażająco smutne.

Do rzeczywistości w końcu przywoływało uderzenie gongu oznajmiające, że czas na kolejne godziny medytacji. Po ostatniej późnym wieczorem wysłuchiwaliśmy jeszcze nagranych wykładów Goyenki, które nakreślały historię buddyzmu, podstawy i główne założenia ideologii Vipassany. Zagrzewały i motywowały do dalszych starań na kursie i pomagały zrozumieć procesy zachodzące każdego dnia w głowach kursantów. Lubiłem te wykłady oczywiście już za sam fakt urozmaicenia, jakie się z nimi wiązało, ale sam buddyzm również został przejrzyście i dokładnie wyłożony, czym byłem bardzo zainteresowany. Czasami styl przemówień Goyenki trochę mnie kłuł swoją nadętością i absolutyzmem wygłaszanych tez. Z jednej strony przekazywane nauki określane były jako zupełnie egalitarne i przystępne dla wszystkich wyznań i światopoglądów, a z drugiej bardzo mocno świadczyły o własnej nieomylności w drodze ku oświeceniu. Zdecydowanie drażnił mnie też wyświechtany i zupełnie niepotrzebny slogan o rzekomej „naukowości” tej metody. Ostatecznie były to jednak drobnostki nieprzysłaniające faktycznie interesujących, inspirujących i pomocnych mądrości płynących z wykładów.

Nakreśliłem już ogólny zarys doświadczanej rzeczywistości na kursie Vipassany. W tym samym rytmie i rozkładzie trwało to przez dziesięć dni i nic, poza treścią wykładów i naprawdę drobnymi modyfikacjami techniki, aż do dnia ostatniego się nie zmieniło. Za tą okrutną monotonią jednak absolutnie nie szła stabilność własnej, subiektywnej percepcji tego, co się działo. Cały czas kursu mogę dosyć wyraźnie podzielić na kolejne kryzysy psychiczne, których tam doświadczałem. Każdy był w swojej naturze odrębny i pokonanie każdego niosło za sobą inną naukę, zawsze cenną i wykraczającą zasięgiem daleko poza warunki kursu.

<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26


Opublikowano

w

przez