W Pewnym Sensie

Vipassana: 10 dni wglądu

4. Medytacja

Na pewno nie było moim zamiarem, aby od początku trwania kursu uchylać się od praktykowania w wyznaczonym czasie. Pierwszego ranka dzielnie wstałem o świcie i dziarsko ruszyłem w stworzonym przez resztę kursowiczów milczącym orszaku do sali medytacyjnej. Każdy zajął swoje miejsce, zabrzmiał gong, po czym wgryźliśmy się w miąższ kursu. Rozpoczęła się właściwa praktyka, chociaż jeszcze nie vipassany, a anapany służącej do wzmocnienia koncentracji potrzebnej do kolejnych etapów. Głos Goyenki polecił nam usiąść na podłodze na klęczkach lub po turecku, ale dopuścił wszelkie modyfikacje pozycji siedzącej, byleby utrzymać idealnie prosty kręgosłup bez opierania i nie zamęczyć się w trakcie medytacji. Ważniejsza była wygoda i komfort od dążenia do pozycji pełnego kwiatu lotosu. Mieliśmy dostęp do składu poduch, klocków i koców, więc bogato się w nie wyposażyłem i usiadłem w siadzie skrzyżnym. Kolejne instrukcje były bardzo proste. Miałem siedzieć przez godzinę bez najmniejszego ruchu, o ile nie będzie to absolutnie konieczne i skupiać całą uwagę na doznaniu powietrza wędrującego w obie strony przez dziurki w nosie w procesie oddychania. Jakiekolwiek przyjemne lub nieprzyjemne doznania pojawiające się w trakcie powinny być akceptowane bez żadnej oceny. Myśli należało się wyzbyć, ale bez wkładania w to nadmiernego wysiłku i napięcia. Po prostu w momencie zorientowania się o ich obecności należało z powrotem świadomie przekierować uwagę na dziurki w nosie i powietrze w nich się poruszające. I tak za każdym razem. Na tym polegało sedno praktyki anapany – koncentracja umysłu i akceptacja rzeczywistości.

Bardzo szybko staje się to ciężkie do zniesienia. W pierwszej fazie (i w każdej kolejnej) głowę zalewa fala obrazów, głosów, scen i wspomnień, od zupełnie głupich i powierzchownych, do skrzętnie poukrywanych i bolesnych. Próba zaprzestania myślenia okazuje się tak nienaturalna dla niewprawionego umysłu, że w tak wykreowanej przestrzeni tworzy się swoiste podciśnienie, które wsysa z głębin podświadomości kolejne pokłady przechowywanych informacji w najróżniejszych kombinacjach. Za każdym razem kiedy to się stanie, należy spokojnie powrócić uwagą do doznań płynących z oddychania. Nie jest to może szczególnie trudne, ale frustrująco nieefektywne, kiedy po paru kolejnych wdechach znów orientuję się, że oglądam jakiś wewnętrzny, absurdalny seans. I znów powrót do oddechu i tak na okrągło. Naprawdę pokazuje to sposób działania umysłu z zaskakującej perspektywy. Na co dzień jesteśmy raczej skłonni sądzić, że posiadamy nad swoją psychiką jakąś kontrolę, a nagle okazuje się, że zachowuje się ona jak rozwydrzone dziecko, co w oczywisty sposób może mieć na nas nie najlepszy wpływ. Medytacja nauczyła mnie podstaw właściwego obchodzenia się z wewnętrznymi procesami. Nie chodzi tu w żadnym wypadku o narzucaniu na siebie jakiejś żelaznej kontroli, bo im większą presję nakładamy na pojawiające się myśli, z tym większym impetem wybijają do naszej świadomości, kiedy tylko na chwilę opadniemy z siły. Wszystko opierało się, w mojej interpretacji, raczej na wypracowaniu odpowiedniej relacji między świadomym, a nieświadomym. Wykształceniu wewnętrznego spokoju, akceptacji i dystansu dla rzeczywistości własnej i świata, a przede wszystkim na treningu uważności, dzięki której możemy w ogóle usłyszeć samych siebie i nasze potrzeby.

<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26


Opublikowano

w

przez