Kierujemy się do kwater mieszkalnych, które ciągną się wzdłuż terenu ośrodka symetrycznie po obu jego stronach. Po lewej panowie, po prawej panie, a na środku pas ziemi niczyjej z wielkim gongiem, w który co rano o 5 ktoś tłucze na pobudkę. Jeszcze po zewnętrznej stronie kwater, aż do granic terenu ośrodka ciągną się małe leśne zagajniki służące za jedyny dostępny spacerniak. Znajduję swój pokój, który robi na mnie bardzo dobre wrażenie. Przede wszystkim tym, że mam go na wyłączność wraz z oddzielną łazienką. Moja własna, zupełnie prywatna przestrzeń od razu napełnia mnie poczuciem bezpieczeństwa. Brak tu oczywiście jakichkolwiek urozmaiceń, ozdób i zbędnych wygód, ale wszystko jest czyste, świeże i w bardzo dobrym stanie. Mam łóżko, szafkę, sedes, umywalkę i kabinę prysznicową. Czego chcieć więcej?
Kiedy już się rozpakowałem i nieco zagnieździłem zadzwonił gong i wszyscy zaczęli kierować się do ostatniego budynku. Szeroki i płaski wyrastał na drugim końcu placu, dokładnie naprzeciw budynku z jadalnią zamykając w ten sposób zgrabną, prostokątną figurę, na której rozplanowany został cały ośrodek. Tam znajdowała się główna sala medytacyjna i kwatery nauczycieli. Sala była wyjątkowo przestronna i wspólna dla obu płci, chociaż siedzieliśmy osobno po obu jej stronach. Na przeciwko kursantów na podwyższeniach siedziała dwójka nauczycieli, po jednym na każdą płeć, chociaż nauczycielem mężczyzn również była kobieta. Nie miało to oczywiście większego znaczenia, zwłaszcza że i tak, jak się później okazało, rola takiego nauczyciela ograniczała się w zasadzie tylko do bycia wzorem niezmąconego spokoju i siedzenia bez ruchu w idealnej pozycji przez wszystkie możliwe godziny wyznaczone do medytacji. Owszem możliwa była rozmowa z nauczycielem w przypadku wątpliwości w zakresie techniki medytacyjnej i ewentualnych kryzysów związanych z uczestnictwem w kursie, ale samemu skorzystałem z takiej opcji tylko raz w dosyć dziwnej kwestii (później poruszę ten temat), więc wiele o niej powiedzieć nie jestem w stanie. Najważniejsze, że wyglądała profesjonalnie.
To zebranie pełniło funkcję wprowadzającą, więc nie trwało zbyt długo. Mieliśmy zapoznać się mniej więcej z realiami Vipassany, której zadecydowaliśmy poświęcić 10 dni. Został nam puszczony nagrany wykład S.N.Goyenki – założyciela współczesnej szkoły Vipassany, starszego Hindusa o przezabawnym akcencie. To jego głos, wraz z polskim tłumaczeniem, będzie wyjaśniał każdy kolejny krok techniki medytacyjnej oraz prowadził codzienne, wieczorne wykłady przybliżające ideologię kryjącą się za Vipassaną oraz Buddyzmem. Po wysłuchaniu tego wprowadzenia mogliśmy udać się już na spoczynek.
Z powrotem w swoim pokoju, przed snem, zapoznałem się jeszcze z rozkładem nadciągających dni. Każdego przewidziane było, jeśli dobrze pamiętam, 10 godzin medytacji w trzech sesjach, pomiędzy którymi odbywały się przerwy na posiłki. Od 6 do 8 medytacja, potem godzina na śniadanie, od 9 do 12 medytacja, dwie godziny na obiad, od 14 do 17 medytacja, godzina przerwy na herbatę i owoc, o 18 godzina medytacji, godzina wykładu i można iść spać. I tak 10 dni. Zapowiadała się świetna zabawa. To co okazało się być sporym ratunkiem w nadchodzącym czasie, to fakt, że w każdej medytacyjnej sesji tylko jedna godzina obowiązywała wszystkich do stawienia się w głównej sali. Reszta czasu też była obowiązkowa, ale dopuszczano możliwość medytowania we własnym pokoju, gdzie nikt tego nie weryfikował, więc można było robić cokolwiek innego (czyli nic).
<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
