15. Ostatnie nauki
Przed obiadem miałem czas do namysłu nad kwestią powrotu do domu. Na kurs dojechałem pociągiem, autobusem, a w końcu specjalnym, podstawionym transportem. Na drogę powrotną nie miałem żadnego planu, ale po cichu liczyłem, że ktoś mnie zabierze samochodem. Idąc do jadalni moja uwaga była skierowana ku temu zadaniu i zastanawiałem się, jak zgrabnie rozpocząć poszukiwania dobroczyńcy. Długo jednak nie musiałem się pochylać nad tą kwestią. Pozytywne wibracje musiały być na tyle intensywne i wszechobecne po 10 dniach intensywnej, duchowej praktyki tylu osób, że zbieżne intencje zapewne przyciągały się jak magnesy. To zjawisko nazywa się prawem przyciągania i określa ono dziwne zbiegi okoliczności nienaturalnie zbieżne z własnymi pragnieniami, zwłaszcza jeśli te są pozytywne. Nie zdążyłem nawet dojść do jadalni, a już w korytarzu, gdzie zdejmowało się buty, usłyszałem głośne zapytanie rzucone w przestrzeń – „chce ktoś się zabrać w stronę Gdańska?”. Tak poznałem Marka, szamana z Tczewa, bioenergoterapeutę, uzdrawiacza dźwiękiem tybetańskich gongów i dobrego człowieka przede wszystkim. Wygodny transport w ciekawym towarzystwie wyłonił się w pełni spontanicznie z rozedrganej sieci ludzkich świadomości.
Do samego wyjazdu czas minął mi już tylko na przyjemnych rozmowach. Na ostatniej medytacji jakoś udało mi się powstrzymać od śmiechu i nie zrobić trzody. Czekała nas jeszcze oficjalna prezentacja, na której przedstawiono historię powstawania tego ośrodka, z której jednak mało co pamiętam. Z czystym sumieniem wpłaciłem na rzecz Vipassany sumę, na którą mogłem sobie pozwolić i pomogłem sprzątać ośrodek przed samym wyjazdem. Zapakowałem się do samochodu obklejonego reklamami uzdrowicielskich praktyk mojego dobroczyńcy, dołączyła do nas jeszcze jedna dziewczyna i wyjechaliśmy za bramy ośrodka i dalej na północ.
Przez pewien czas wlepiałem swój wzrok w pejzaże mijające za oknem, które zachwycały mnie swoją intensywnością. Dziesięć dni to niby nie tak dużo, ale w tak szczelnej izolacji sprawiły, że miałem wrażenie, jakbym powracał do Polski po jakichś latach emigracji. Klimatyczna, etniczna muzyka lecąca z głośników skomponowała się z warstwą wizualną tak idealnie, że zacząłem odpływać z błogości. W końcu jednak wywiązały się rozmowy i okazało się, że nie tylko kierowca jest szamanem, ale i druga pasażerka bardzo dobrze ogarnia przeróżne techniki manipulacji energią. W pewnym momencie sytuacja z mojej perspektywy zrobiła się dosyć absurdalna, bo przestałem cokolwiek rozumieć z rozmowy, która się obok mnie toczyła. Tyle w niej było jakichś zupełnie obcych mi, alternatywnych terminów, że miałem wrażenie, że słucham dyskusji w innym języku. Homeopatia, bioenergetyka, teoria wiedzącego pola, meridiany to tylko zalążek z tej powodzi specjalistycznych terminów z dziedzin, które zazwyczaj lądują w worze z etykietą „pseudonauka”.
<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
Vipassana: 10 dni wglądu
przez
