W Pewnym Sensie

Vipassana: 10 dni wglądu

14. Kupa śmiechu

Tego dnia medytacja już nie wyglądała tak samo, zresztą nie miało by to raczej sensu, bo umysły uczestników zostały już zalane treścią, której nie sposób byłoby się pozbyć. Po pierwsze zostało już tylko po godzinie medytacji między posiłkami, a cała reszta czasu mogła być przeznaczona na swobodne kontakty towarzyskie. Po drugie nie praktykowaliśmy już Vipassany. Z okazji zakończenia kursu i podniosłych nastrojów, dla urozmaicenia i wykorzystania pozytywnej energii, została nam przedstawiona forma medytacji z intencją.

Z tego co pamiętam, polegało to na wzbudzaniu w sobie miłości do świata poprzez wizualizację – wyobrażanie jej w sobie jako jakiejś namacalnej energii, po czym wysyłania tej miłości w świat za pomocą jakichś gestów i słów. Cel był szczytny – życzyliśmy w ten sposób uwolnienia się od cierpienia każdej żywej istocie we wszechświecie, jednak ze strony praktykujących, w tym mnie, pojawiły się pewne niespodziewane zakłócenia podniosłego nastroju. Ciężko już było w ogóle odnaleźć się i zaakceptować z powrotem nagłą ciszę, która zapadła, gdy wszyscy usiedli. Teraz wydawała się skrajnie nienaturalna i miałem wrażenie, że wyraźnie czuję, jak wszyscy gryzą się usilnie w język powstrzymując nieodpartą chęć, aby jeszcze coś dopowiedzieć, rzucić jakimś żartem, czy chociaż wymienić porozumiewawcze spojrzenia.

Potem z taśmy odezwał się Goyenka i teraz jego niski głos ze strasznie mocnym, dziwacznym hinduskim akcentem, który z wielką ekspresją i patosem opowiadał o wielkiej miłości, wydał się szczególnie absurdalny. Nastąpiła chwila ciszy na zebranie w sobie skupienia, po czym Goyenka zaczął intonować jakąś mantrę, której centralnym punktem było długie, przeciągłe wycie angielskiego słowa „love” nienaturalnie obniżonym, fałszującym głosem. I powtarzało się to raz za razem i naprawdę to jedno słowo było przeciągane przez przynajmniej siedem sekund. Skutecznie uniemożliwiało to jakiekolwiek wczucie się, ale lawina absurdu na dobre zaczęła ruszać, kiedy usłyszałem gdzieś z tyłu pierwsze parsknięcie śmiechem. Potem drugie, w końcu też parsknąłem. Następnie znowu nadeszło „LLLOoooOOoOoOOoVe!!!” i zaraz rozległy się tłumione śmiechy z paru miejsc naraz. Jest taka zasada, że im bardziej nie wypada się śmiać i ten śmiech próbuje się powstrzymać, tym mocniej przebija się on na zewnątrz wprost przez zaciśnięte zęby i napięty brzuch brzmiąc trochę, jakby się ktoś dusił, co samo w sobie też jest śmieszne i dalej nakręca tę spiralę. Powstaje tak zwana „głupawka”.

Za którymś kolejnym powtórzeniem mantry z mocno zaciśniętych oczu ciekły mi już łzy, a salwy śmiechu próbowałem tłumić gryząc się w ramię. Za każdym razem, kiedy udawało mi się to trochę opanować, wystarczyło jedno zduszone parsknięcie innej osoby, żeby ruszyła reakcja łańcuchowa. Nie mówiąc już o kolejnej odzie do miłości Goyenki. Pocieszałem się tym, że to przecież emanacja pozytywnych emocji i nikt nie powinien się na nas złościć, ale gdy odważyłem się zerknąć na nauczycielkę, czoło miała zmarszczone. W końcu dwójka największych śmieszków podjęła dobrą decyzję, aby opuścić salę i nie zakłócać spokoju tym, którzy może jednak chcieliby podejść do tej mantry z powagą. Wydało mi się, że może teraz już jakoś uda mi się zachować godność do końca tej sesji, ale potem rozbrzmiało kolejne „love” i zgięty w pół wybiegłem ze sali. Śmieszków już nie było, więc skierowałem się do pokoju, aby tam się trochę uspokoić.

<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26


Opublikowano

w

przez