Kiedy doszedłem do jadalni było tam już całkiem gwarno, zostało też zdjęte przepierzenie między męską i damską częścią, więc łącznie dało to efekt przebywania w zupełnie nowej przestrzeni, tak różniącej się od cichej, ponurej stołówki, gdzie codziennie się posilałem. Rozbawiło mnie, kiedy z dolatujących do mnie strzępów tych pierwszych rozmów już na tym etapie wychwytywałem nazwy przeróżnych substancji psychodelicznych wraz z opisami działań i porównaniami do doświadczeń z kursu. O czym innym mogą w końcu rozmawiać młodzi ludzie po 10 dniach medytacji. Ten tak uniwersalny w alternatywnych, zainteresowanych duchowością kręgach temat i mi nie jest obcy, więc stanąłem sobie przy pierwszej takiej grupce i wyczekawszy właściwego momentu dorzuciłem swoje trzy grosze po raz pierwszy od dawna wydając jakikolwiek dźwięk skierowany ku innej istocie ludzkiej. Tama runęła i zaczęła się słodka paplanina. Nie chodziło o treść, nie liczyłem na jakieś konkretne, ciekawe i przydatne informacje, a po prostu upajałem się aktem tej energetycznej wymiany za pośrednictwem potoku słów. Czułem, że żyję.
Kiedy już trochę się wyżyłem i zmęczyłem poszedłem nałożyć sobie śniadania i już bez oporów przysiadłem się do kolejnej, pierwszej lepszej grupki osób. Tym razem byli to jacyś obcokrajowcy (a obcokrajowców na kursie było naprawdę dużo z najróżniejszych zakątków świata), więc rozmowa popłynęła w kierunku podróżowania i wszelkich przygód w obcych krajach. I znów temat rzeka i gadanie, gadanie, gadanie. Ledwo dałem radę dokończyć śniadanie. Następna krótka przerwa na oddech, kubek herbaty i wypatrywanie kolejnych okazji do społecznych wzmocnień. Była jedna osoba, która zwracała moją uwagę na kursie trochę częściej niż inni. Tak jak wspominałem wcześniej, niema obserwacja uczestników wraz z wyobrażaniem sobie, jakimi ludźmi mogą być, a nawet z nadawaniem im ksywek, w warunkach izolacji była jedną z niewielu dostępnych „rozrywek”.
Jeden chłopak medytujący nieopodal mnie sprawiał szczególnie miłe wrażenie, dobrze mu z oczu patrzyło, rysy twarzy wzbudzały zaufanie i miałem poczucie, że to musi być interesująca osoba. Dostał ode mnie ksywę „spoko ziomek” i dosyć często wchodziłem z nim w wyobrażone interakcje na zasadzie mentalnych „siemanko”, „jak tam ziomeczku?”, „smacznego ziomek”, „coś niemrawo dzisiaj wyglądasz ziomeczku, u mnie też dosyć ciężko” i tak dalej. Szybko też postanowiłem sobie, że kiedy kurs się zakończy, niezwłocznie zagadam ziomeczka. Wypatrzyłem go rozmawiającego z jakimś długowłosym kolesiem i dołączyłem się do rozmowy. Przeczucie mnie nie zawiodło i wynikła z tego zdecydowanie najbardziej zaangażowana osobiście rozmowa wraz z poczuciem bliższego kontaktu, zamiast tylko powierzchownej paplaniny. Wgryźliśmy się już bezpośrednio w temat doświadczeń z Vipassany. Mogłem po raz pierwszy opowiedzieć o swoich kryzysach i trudnościach oraz posłuchać o czyichś. Okazało się, że dużo doświadczeń mieliśmy podobnych i salwy porozumiewawczego śmiechu wywoływały znajome opisy zmagań z codziennością kwitowane euforycznymi „o stary, ja też tak miałem!”. W końcu wir zwierzeń przerwał gong i udaliśmy się do sali medytacyjnej.
<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
