Dotychczas nie miałem na tym kursie absolutnie żadnych problemów ze snem, wręcz przeciwnie, spałem długo, głęboko i często. Nagle zrozumiałem, że wyraźnie jestem czymś zestresowany. Kiedy już zaakceptowałem ten stan rzeczy i zacząłem szukać jego powodów, szybko doszedłem do tego, że mierzę się z drugą stroną tej samej perspektywy, która przez cały dzień powodowała wesołość. Pobudzenie pozostało, ale zmienił się jego zwrot. Teraz martwiłem się tym, że kurs się kończy, a konkretnie bałem się tego, co czeka mnie po powrocie do domu. Jako, że stało to w ewidentnej sprzeczności z naturalnym optymizmem, który towarzyszył mi wcześniej i znów świadczyło o jakiejś słabości mojego charakteru, to poddawałem to ciągłemu wyparciu i nie dopuszczałem do siebie świadomości moich zmartwień. Tylko pogarszało to moje samopoczucie i uniemożliwiało zaśnięcie, bo ciągle krzesałem w sobie dużo energii i przykładałem siłę do tego, aby wypychać niechciane treści z pola uwagi.
W końcu przyznałem przed sobą, że tak, martwię się czekającymi mnie obowiązkami i wyzwaniami codziennej rzeczywistości, swoją przyszłością, kierunkiem rozwoju osobistego, tym że będę musiał znaleźć dla siebie pracę i być może będzie to dla mnie jakimś problemem i tak dalej i tak dalej. Już samo sformułowanie tego przed sobą przyniosło pewną ulgę wynikającą z odpuszczenia, zaprzestania walki z samym sobą. Wszystko swobodnie wypłynęło na wierzch i część napięcia związanego z trzymaniem tego w głębi automatycznie się rozpuściła. Oczywiście zostały powody do zmartwień, ale z tej pozycji dużo łatwiej było mi przyjąć postawę wewnętrznej zgody na nie. W końcu to zupełnie normalne odczuwać niepewność względem życia, tym bardziej po dziesięciodniowym odcięciu się od niego i w perspektywie gwałtownego powrotu do wszystkich pozostawionych odłogiem spraw. Ostateczne uspokojenie przyszło wraz z konstatacją, że w obecnej chwili nie mogę w żaden sposób zająć się tymi sprawami, że odłożyłem je świadomie i w konkretnym celu i że nic z tego, co na mnie czeka nie znajduje się w krytycznym stanie. Obiecałem sobie, że zajmę się tym najlepiej jak potrafię, kiedy tylko będę mógł i przy okazji dałem sobie też prawo do poniesienia porażki, bo i to jest normalne. Wisienką na torcie została wizja rodziny, dziewczyny, przyjaciół i znajomych, u których mogę liczyć na bliskość, wsparcie i zrozumienie we wszystkich sytuacjach. Nie wiedząc kiedy, zasnąłem spokojnie.
<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
Vipassana: 10 dni wglądu
przez
