11. Niepokój
Po zdobyciu tego osobistego szczytu już bardzo szybko z niego zszedłem. Kiedy obudziłem się ósmego dnia, świadomość, że zostały tylko dwa dni do końca, uderzyła we mnie z taką siłą, że nie byłem w stanie już medytować. Gdy tylko zamykałem oczy uderzała we mnie euforia połączona z wizjami wszystkich możliwych aktywności, czekających na mnie po opuszczeniu murów ośrodka. Jakiekolwiek skupienie, czy wyciszenie stawało się niemożliwe. Po prostu co chwilę orientowałem się, że twarz sama mi się uśmiecha, a w głowie przemykają obrazy rozmaitych ludzi, którym już niebawem będę opowiadał ze szczegółami o wszystkim, co mnie tu spotkało. Szybko się temu poddałem, podjąłem wewnętrzną decyzję o zaprzestaniu starań i odpuszczeniu. Czułem, że minione siedem dni było tak obfite w trudne doświadczenia, zarówno przykre jak i podnoszące na duchu, że jestem absolutnie spełniony i zadowolony, zwłaszcza że nawet w technice udało się osiągnąć pewien sukces. Ten zalew pozytywu potraktowałem jako zasłużoną nagrodę, którą mogę się teraz w spokoju delektować.
Trwało to do wieczora, kiedy okazało się, że moje spełnienie i optymizm nie są jednak aż tak stabilne. Na początku nie wiedziałem za bardzo, co się dzieje. Minęła 11 w nocy, a ja przewracałem się w swoim łóżku z boku na bok nie mogąc doczekać się przyjemnego rozmiękczenia zwiastującego nadchodzący sen. W ogóle nie czułem się zmęczony, ale nie było w tym nic z wesołej ekscytacji, która towarzyszyła mi przez resztę dnia. Długo to trwało, parę razy zrobiło mi się gorąco i duszno, na przemian odkrywałem i zakrywałem się kołdrą, wstawałem, wędrowałem po pokoju i znowu się kładłem. Starałem się skupić na czymś miłym i dać się temu pochłonąć, ale bez przerwy coś mnie wytrącało z równowagi. W końcu porządnie się tym zaniepokoiłem i zrozumiałem, że coś musi być nie w porządku.
<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
