Trwałem sobie w takim mściwym samozadowoleniu aż do wykładu kończącego dzień. Przysiadłem w kącie sali z uszami nastawionymi na wychwytywanie kolejnych głupot i manipulacji, ale zamiast tego docierały do mnie tylko mądrości, których nie miałem szans zanegować. Więcej, część z tego, co mówił Goyenka wydawała się być jakby idealnie skierowana w moją stronę i w mój stan wyjaśniając dokładnie pod wpływem jakich mechanizmów się znalazłem, a przy okazji zupełnie podważając jakiekolwiek oskarżenia o sekciarstwo, które zdołałem tego dnia wymyślić. Czułem, jak się topię i rozpływam pod wpływem tych słów. Mówiły one o całkowitej, osobistej odpowiedzialności za własne cierpienie i o tym, że do wyzwolenia się z niego również można doprowadzić tylko poprzez własną pracę. Nie zrobi tego za nas żaden nauczyciel, żaden guru i żaden bóg. Mogą oni tylko wskazać ścieżkę, ale to, czy nią pójdziemy i ile kroków postawimy zależy tylko i wyłącznie od nas. Tak więc w Vipassanie nie chodzi o składanie komukolwiek hołdu, czy wznoszenie modlitw w nadziei na ocalenie i łaskę, nie krzewi się tu kultu, lecz uczy konkretnej techniki i przekazuje mądrość Buddy, która jego samego doprowadziła do oświecenia.
Dużo też zostało powiedziane na temat przyjmowania negatywnej perspektywy, popadania w złość i bezpodstawnego oskarżania w odpowiedzi na własną frustrację i brak spełnienia. Dokładnie to stało się moim udziałem. W przeciwieństwie do drugiego dnia tym razem jednak nie chodziło o szukanie powodów do opuszczenia kursu. Wydaje mi się, że raczej moja samoocena była zagrożona. Minęła już połowa kursu, a moje postępy w technice były dosyć mierne w odniesieniu do wcześniejszych oczekiwań. Od początku kursu prawie codziennie zmagałem się z własnymi słabościami, medytacja niezmiennie mnie męczyła i nie dostarczała żadnych mistycznych wglądów. Czułem się już trochę sponiewierany i poturbowany, a przede wszystkim wyczerpany. Więc już drugi raz najłatwiejszym sposobem na podbicie własnego ego, okazało się obniżenie wartości tego, z czym przyszło mi się zmagać. Wyrafinowanie wymyślonych powodów ku temu było proporcjonalne do czasu, który już tu spędziłem. W końcu nie mogłem znowu, jak drugiego dnia, stwierdzić, że to wszystko jest po prostu głupie i nie działa, bo co to by o mnie świadczyło, skoro mimo to zostałem tu aż sześć dni. Nie godzi się mądremu tracić czas na niedziałającą i uciążliwą głupotę, więc musiałem doszukać się gorszych i bardziej podstępnych intencji w przeciwniku. I nagle zamiast mało zaangażowanego uczniaka potykającego się o własne wady, dostrzegłem w sobie przenikliwego obserwatora, który nie dał się omamić sekciarskiej retoryce, przejrzał ją na wylot, a do tego, dzięki własnemu poświęceniu i przebiegłości, będzie mógł ukazać to światu w doskonałym artykule, który niebawem napisze. Głupio.
Po wykładzie byłem totalnie wykończony, czułem, jakby uciekło ze mnie całe powietrze. Nie miałem już żadnych myśli, ale przez to też czułem się bardzo spokojny. Bez żadnych oczekiwań zasnąłem głęboko zaraz po położeniu się do łóżka.
<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
Vipassana: 10 dni wglądu
przez
