W Pewnym Sensie

Vipassana: 10 dni wglądu

8. Deprywacja

Dnia piątego, wraz ze świadomością przedzierania się przez dokładnie połowę kursu, wyczerpanie monotonią sięgnęło zenitu. Nie miałem złych myśli, ciągle płynąłem na fali satysfakcji z rozwiązania piecykowego ambarasu, ale nie miałem też absolutnie nic innego, co zajęłoby mi głowę. Nastała głucha pustka, która jednak miała mało wspólnego ze spokojem umysłu, do którego dążyłem podczas medytacji. Panowało w niej bowiem okrutne podciśnienie bezlitośnie żądające jakiejkolwiek nowej treści. A jedyne co miałem to perspektywa spędzenia w tym miejscu jeszcze dokładnie tego samego czasu, który już tu tkwiłem, a który odczuwałem jako wieczność. Samej medytacji miałem już tego dnia szczerze mówiąc kompletnie dosyć. Co prawda technika wzbogaciła się w międzyczasie o skanowanie uwagą kolejnych obszarów ciała w poszukiwaniu doznań z nich płynących (to jest właśnie vipassana), ale jedyne co czułem, to jak mnie nosi od skotłowanej, zdziczałej energii.

Na śniadanie gnałem ze wszystkich sił, na spacerniaku przemarszowałem dostępne trasy w każdym możliwym kierunku i kombinacji, na obiedzie chciałem najeść się ile wlezie i zasnąć, ale byłem już wyspany ponad wszelką miarę, więc tylko mnie mdliło. Najgorszy dół zaliczyłem po urwaniu się z południowej medytacji. Miałem przed sobą kolejną godzinę nicości, a nie mogłem wyjść na dwór, bo teoretycznie trwała medytacja i nie czekało mnie już nic poza kolejną wieczorną i przerwą na herbatę. No i tak jeszcze pięć dni. Myślę, że zrozumiałem wtedy trochę, co może czuć heroinista na głodzie. Tykanie zegara odbijało mi się po głowie w zwolnionym tempie, ale bardzo głośno. Cisza poza nim zmieniła się w kąśliwy szum. Przeczytałem ulotkę o Vipassanie kolejne dwa razy pod rząd, chociaż treść już w zasadzie do mnie nie docierała. Pościeliłem już pościelone łóżko, wykąpałem się drugi raz w ciągu dnia, umyłem czystą toaletę. Minęło 20 minut. Zajrzałem na szczyt szafki i obserwowałem zalegający tam kurz. Zanurkowałem nawet pod łóżko wiedząc, że nic tam nie znajdę. Wyrzuciłem wszystkie ubrania z torby i dokładnie je przeszukałem łapczywie zaglądając do każdej kieszeni z nadzieją, że zaskoczy mnie jakaś ciekawa zawartość. Ale nic tam nie było. Wynicowałem saszetkę z żalem wyrzucając sobie, że zostawiłem portfel w depozycie, a przecież miałem tam jakieś stare bilety i paragony, które tak fajnie byłoby teraz zbadać.

Kiedy tak już popadałem powoli w jakiś beznadziejny stupor, nagle zdarzyło się coś chyba najbliższego cudowi w moim całym życiu. Zauważyłem, że po dłoni chodzi mi żółta biedronka. Oniemiałem z zachwytu, wdzięczności i fascynacji, a po mojej skotłowanej duszy rozlały się pokłady aksamitnego spokoju. Z szerokim uśmiechem i niemal łzami w oczach podążałem wzrokiem za drobnym żuczkiem o pięknym ubarwieniu. Skąd się wziął w moim pokoju w środku zimy, kiedy na zewnątrz panowała temperatura -20 stopni? Nie mam pojęcia. Nawet wtedy o tym nie myślałem, po prostu trwałem w tu i teraz w stopniu wyższym niż udało mi się osiągnąć dotychczas podczas jakiejkolwiek medytacji. Kiedy owad rozpostarł skrzydełka nie protestowałem. Wzniósł się w powietrze, przemknął mi przed oczami i rozpłynął się w powietrzu. Dosłownie. Kiedy spróbowałem go z powrotem zlokalizować nie udało mi się, a pokoik był naprawdę malutki i praktycznie nie posiadał zakamarków. Byłem dosyć zdziwiony, ale z drugiej strony znajdowałem się w takim stanie umysłu, że całkiem naturalnym wydało mi się, że biedronka mogła być moim aniołem stróżem lub manifestacją Buddy. Ewentualnie halucynacją, ale co to za różnica, kiedy efekt jest ten sam. Zadzwonił gong. W błogim nastroju poszedłem wypić herbatę, po czym udałem się na najlepszą medytację tego dnia i w końcu do łóżka, gdzie zasnąłem jak dziecko.

<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26


Opublikowano

w

przez