Muzycznie tę edycję znowu uświetnił wielki powrót MetaGaengu (hehe), o czym rozpisywałem się już kiedyś w innym artykule, więc ograniczę się do zaznaczenia, że akurat tym razem prawie się posraliśmy ze stresu. Połowę składu wyciął covid, do ostatniej chwili kosztem jakiejkolwiek regeneracji opracowywaliśmy kryzysową setlistę, a występować mieliśmy po koncercie Miłego ATZ, który już cieszył się dosyć gwiazdorską reputacją i profesjonalnie rozkręcił gnój pod sceną. Na szczęście, mimo niesprzyjających warunków, obeszło się (chyba) bez totalnej kompromitacji i na zejście z tej stresowej fali mogliśmy zanurzyć się w cudownym koncercie Nene Heroine, którzy grali po nas. Psychodeliczny Jazz, w którym chaotyczne pasaże prowadzą do chwytających za serce harmonijnych melodii. Potężne instrumentarium dzierżone przez muzyków najwyższej próby. Tyle mój laicki umysł może wycisnąć na temat jazzu. Grunt, że odleciałem.
Najważniejszym muzycznym wydarzeniem tej edycji był dla mnie zdecydowanie koncert Bartusia 419, który, jak niegdyś ĆpajStajl, odsłonił przede mną nowe horyzonty artystycznej ekspresji. Byłem ciekawy i jednocześnie obawiałem się tego przedstawienia, bo już kojarzyłem tę niepokojącą osobistość z artykułów na newonce, gdzie wspomniane były jakieś obrzydliwości sceniczne w stylu cięcia się i żarcia wyrwanych włosów. Takiego performansu oglądać bym chyba nie miał ochoty, ale na szczęście okazało się, że tę erę artystycznego rozwoju Bartuś już miał za sobą.
Po długim oczekiwaniu, gdzie zakutana w wiele warstw ubioru postać powoli rozpakowywała swój grający osprzęt z wielkiego plecaka turystycznego (wyglądało to trochę, jakby Bartuś dopiero co wysiadł z pociągu), w końcu rozebrzmiało intro. Zaczęło się mocnym akcentem, bowiem z głośników popłynęło przeszywające “Ave Maria” z basem przekręconym tak bardzo, że, poza uwzniośleniem atmosfery, z powodzeniem odgrywało równoczesną funkcję masażu głębokich tkanek. Przez wiele minut tej klasycznej kompozycji na scenie odgrywał się swaggerski performans Bartusia 419, który w swobodnych, powabnych pląsach badał dostępną mu przestrzeń, jednocześnie z gracją pozbywając się kolejnych warstw swojej odzieży – kurtki, kapelusika z żabimi oczkami i w końcu błyszczących okularów odsłaniając swoją krzywo wytatuowaną śmieciowymi dziarami, a mimo tego w dalszym ciągu zaskakująco uroczą twarz. W tle dwóch zakapturzonych dryblasów z dłoniami ułożonymi w uduchowionych splotach na piersiach stało na baczność za konsoletą, oddając w ten sposób szacunek wielkiemu kompozytorowi zamierzchłej ery.
A potem zaczął się patologiczny trap.
Łupiące linie basowe, świdrujące cykacze, proste acz chwytliwe zapętlone melodie i niemiłosiernie przesycony autotunem wokal opowiadający o bogactwie, narkotykach, ruchaniu dziwek i chorobach psychicznych. W czym tkwi fenomen? Ciężko mi to jednoznacznie uchwycić, ale cisną mi się na klawiaturę takie słowa jak styl, charyzma, pewność siebie. Na pewno nie brakowało umiejętności – mimo opróżnianej sukcesywnie podczas występu butelki wódki i kolejnych wypalanych jointów – charakterystyczne flow dostarczane było z teatralną precyzją, szerokim zakresem dynamiki i wyraźnie zaznaczoną emocjonalnością. To co jednak zrobiło na mnie największe wrażenie, to performans odgrywany przez Bartusia na scenie. Od opisanego już intra, do samego końca koncertu wydarzało się mnóstwo smaczków, które sprawiały wrażenie do jakiegoś stopnia zaplanowanych, ale z drugiej strony animowanych bardzo spontaniczną energią tworzącą się między sceną a publicznością. Przy kolejnych numerach kolejne sztuki odzieży Bartusia były sukcesywnie rozrzucane po scenie odsłaniając coraz to nowe warstwy jego poszarpanej postaci, co podkreślało klimat poszczególnych kawałków. Raz spadła bluza i został t-shirt z jakimś kontrowersyjnym hasłem polityczno-społecznym, co poprzedziło równie zaczepny numer, potem odsłonięto niepokojąco usianą bliznami po cięciach klatę Bartusia, co było wstępem do kawałka o chorobie psychicznej. W końcu, po pytaniu w stronę publiczności: „Chcecie wiedzieć co sądzę o rapie?”, ściągnięte zostały gacie (na szczęście na chwilę), aby ukazać wytatuowane na obu pośladkach słowo „HIP-HOP”.
Koncert trwał długo, bo już po zamknięciu setlisty rozgrzana publika domagała się kolejnych bisów, na co Bartuś z kolegami szukali jakichś starych bitów na komputerze. W ten sposób udało się wyłuskać jeszcze parę dziwnych numerów zanim techniczni zaczęli coraz wokalniej domagać się opuszczenia sceny. Wtedy nastąpiło piękne outro. Ponownie poleciała „Ave Maria”, Bartuś pląsami zebrał ze sceny wszystkie swoje ubrania i kłaniając się w pas razem z kolegami zniknęli ze sceny. Został ich cały sprzęt i klasyczna kompozycja roznosząca głośniki. Po paru minutach na scenie pojawili się skonfundowani techniczni, aby nieśmiało zacząć robić porządki i wbrew swojej woli stać się częścią Bartusiowego przedstawienia. Nic nie mogło trwać jednak wiecznie i w końcu odpowiedni kabel został brutalnie wyciągnięty z gniazda sprowadzając głuchą ciszę.
