Długo mi zajęło zabranie się za ten artykuł. Minęło już 6 edycji tego festiwalu, byłem na każdej i każda była wspaniała. Osobiście jest to dla mnie jedno z najważniejszych doświadczeń imprezowo-muzycznych w życiu i chyba właśnie to bogactwo doznań czyniło ten artykuł trudnym do rozpoczęcia. Bo od czego tu w ogóle zacząć? Myślałem o standardowej relacji z ostatniej edycji, ale aż dziwnie by było ominąć wątki historyczne, które dla mnie stanowią sedno własnej fascynacji tym wydarzeniem. No ale przecież nie opiszę też na raz relacji ze wszystkich 6 edycji, bo nigdy bym tego nie skończył. Czyli pozostaje mi wersja hybrydowa – co w pamięci jaskrawe postaram się przelać na zdania, ale nie siląc się na zbytnią dokładność i porządek. Sam Spokój też się chyba na to nigdy nie silił.
1 Spokój Początek

Pierwszy Spokój odegrał dla mnie wyjątkową rolę. Totalnie nie ogarniałem, co to właściwie za miejsce i jakim cudem mam tam zagrać swój pierwszy, pełnowymiarowy koncert z całym MetaGængiem. Tak jest, zostałem tam zaproszony, albo raczej wprosiłem się, jako wykonawca. Był to czas, kiedy z całą zgrają starych przyjaciół i nowo poznanych ziomali, totalnie zajarani tym, że ktoś w końcu potrafi kleić jakieś podstawowe bity, próbowaliśmy poskładać pierwszy wspólny materiał rapowy właśnie pod szyldem MetaGængu. Brakowało jakiegokolwiek spójnego planu, ale bawiliśmy się świetnie tworząc kolejne luźne, często improwizowane na wspólnych imprezkach, kawałki. Mieliśmy wtedy na koncie jedno sceniczne wystąpienie w ramach jakiejś rapowej imprezy, gdzie mogliśmy przejąć scenę na 15 minut i totalnie zestresowani dać powód do uciechy nawalonemu tłumowi.
I przy takim artystycznym zapleczu odezwała się koleżanka z informacją, że jakiś jej znajomy organizuje polowy mini festiwal, że różne niewielkie zespoły na nim grają i może nas też tam spróbować wkręcić. Wow! No takiej szansy się nie odrzuca. Co prawda nie wszystkie gangusy były od razu przekonane, że posiadamy materiał godny wystąpienia na FESTIWALU i dało się wyczuć lekki stres. Koniec końców podjęliśmy rękawice i wysłaliśmy swoją kandydaturę wraz z demówką kawałka „Próba siły”, gdzie na jednej pętli bitu 8 osób nawijało zwrotki łącznie przez 10 minut. Odpowiedź otrzymaliśmy nie dość, że pozytywną, to jeszcze okazało się, że inny zespół wypisał się z line-upu i otrzymujemy pełną godzinę w prime-time około 22. I co teraz?
Przygotowani na ile się dało ruszyliśmy w nieznane ustawiając na GPSie malutką kaszubską wioskę za cel – Dąbrowa koło Stężycy. Droga wiodła przez malownicze pola i lasy, aż ostatni zakręt sygnalizowała charakterystyczna kapliczka z Matką Boską. Od tego momentu jechało się już praktycznie polem do drewnianej tabliczki z namalowanym na niej charakterystycznym motylkiem, który ostatecznie wskazał nam, że o to wkroczyliśmy na teren festiwalu.

Przy czym „teren festiwalu” to może w przypadku pierwszej edycji trochę za dużo powiedziane. Raczej „muzyczny piknik” lepiej oddawałby charakter tego, co zapamiętałem (aczkolwiek zaznaczam, że szczegóły są już mocno zatarte). Ot pole, na którym nieregularnie rozbitych jest pewnie 20-30 namiotów, plus nieduża scena w charakterystycznym zagłębieniu za górką. Czy było coś jeszcze? Jakaś latryna, jakiś polowy prysznic, może buda z grillem i piwem, ale pewny nie jestem. Co druga osoba, którą mijałem była mi w jakiś sposób znajoma, co wynikało z pantoflowej formy promocji wydarzenia – bez oficjalnych ogłoszeń, a z polecenia od ziomka do ziomka, a więc towarzystwo charakterystyczne dla większości trójmiejskich imprezek awangardowo-artystycznych. Do tego dużo piesków i trochę dzieci. No sielanka.

<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
