W Pewnym Sensie

Spokój – wielki festiwal, wielka relacja

4 Spokój nie na żarty 

Czwarta edycja przyniosła modernizację głównej sceny, która od teraz zrobiła się jeszcze główniejsza tzn. większa, porządniej zbudowana, profesjonalna. Jedynej słusznej zmianie uległo także położenie sceny elektronicznej, która wylądowała daleko na drugim końcu pola, tworząc dookoła siebie autonomiczną, imprezową strefę. Był tam osobny bar, kible, siedzonka, hamaki, a także w pełni uzasadniona strefa chillu pod opieką Społecznej Inicjatywy Narkopolityki. Jej członkowie pełnili ważną funkcję udzielania pomocy festiwalowiczom, którym zdarzyło się przesadzić z tym i owym. Na szczęście jak rozmawiałem ze znajomym z SINu, to okazało się, że takich przypadków było marginalnie mało. 

Taaka duża scena nagle
A to mała scena elektroniczna

Warto w tym miejscu zaznaczyć również bogactwo wszelkich innych atrakcji, którymi Spokój obrastał przez lata i pewnie ciągle będzie. Często byłem szczerze zdziwiony, ile da się tam upchnąć obok muzyki, która i tak, jak dla mnie, wystarcza w zupełności do wypełnienia całego dostępnego mi czasu. Ale jak ktoś akurat nie ma ochoty zużywać uszu, to nudzić się nie będzie. Można iść na przykład do kina, gdzie puszczane są niezależne filmy z głębokich warstw artystycznego podziemia. Jeśli ktoś potrzebuje stymulacji intelektualnej zdarzają się prelekcje i warsztaty na tematy takie jak “synteza modularna sterowana grzybnią” (jedyny, na którym byłem) lub “jak zrobić absurd”. Dla spragnionych fizycznej odnowy po nadwyrężających pląsach do białego rana czekają zajęcia relaksacyjnej jogi i kąpiele w ziołach. Za to zmęczonego ducha postawią na nogi adrenalinowe wygibasy szaleńców na deskach i rolkach, dla których powstał wspaniały, śmieciowy skatepark. Od jego inauguracji od razu stał się dla mnie pierwszorzędnym miejscem oczekiwania na rozpoczęcie koncertów. Mogę wyłożyć się na leżaku z odpalonym skrętem i leniwie podziwiać, jak kolejne osoby efektywnie zaliczają gleby raz po raz próbując przejechać po 5 metrowej poręczy, przeskoczyć przez palącą się obręcz, czy wykręcić jakieś dziwne fikołki na rampie. Na czwartej edycji ekstra uroku dodawał Belmondo w roli komentatora, który w duecie z Yomenikiem bez zająknięcia opisywał kolejne skejciarskie ewolucje wyraźnie wymyślanymi na poczekaniu etykietami.  

Mniejszych i większych urozmaiceń pewnie znalazłoby się jeszcze wiele, ale najważniejsza wydaje mi się cała, kolektywna oprawa festiwalu i ogólny kierunek artystycznego rozwoju, który nasuwa etykietę “Kaszubskiego Burning Mana”. Z roku na rok przybywa rozmaitych instalacji artystycznych, na które można się natknąć niespodziewanie w każdym zakątku festiwalu. Zawsze jest coś do odkrycia. Na środku pola wznosi się posępna bryła kościoła nihilistów, zaraz obok w krzakach wyłania się pastelowa rzeźba nadgryzionego pączka autorstwa Bananowej Fontanny, tu i ówdzie dziwne totemy, na górce prymitywny jazzmen odgrywa nieme improwizacje na trąbie wyrastającej mu prosto z twarzy, w ogródku trwa wspólne wykonywanie instalacji z użyciem ekstraktów z glonów, za główną sceną kusi wejście do ogromnej, pluszowej waginy, wewnątrz której można się chwilę zdrzemnąć, a jeszcze dalej zaprasza domek na drzewie z nigdy niekończącą się relaksującą selekcją szumów i trzasków puszczoną na małym radyjku. Do tego pierdyliard abstrakcyjnych obrazów rozwieszonych na każdej nadającej się do tego powierzchni. I weź się tu uspokój człowieku. 

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18


Opublikowano

w

,

przez

Tagi: