Na szczęście wydarzyły się też miłe lub wręcz magiczne momenty. Po pierwsze, widząc moje poplątanie, jeden z dobrych przyjaciół, z którym niejedno już przeszedłem, wsparł mnie swoją, niewymagającą wypowiadania skomplikowanych zdań, obecnością. Po prostu rozumiał. Po drugie w końcu udało się jakoś dobrnąć pod główną scenę, gdzie swój koncert rozpoczynał zespół Haasta. Nie powiem, żeby reszta tripu była tego warta, ale niewątpliwie był to przebłysk piękna i zachwytu w tym pofragmentowanym chaosie. Trzy osoby grające progresywnego rocka bazującego na skomplikowanych ewolucjach gitarowych riffów. Zaraz za nimi klarownie i miejscami naprawdę potężnie wyeksponowany bas, a to wszystko doskonale osadzone na płynnej i zniuansowanej perkusji. Całość utrzymana w dosyć lekkim tonie, który zdawał się mówić o tym, że najważniejsza jest przede wszystkim dobra zabawa muzyką. I cóż, może kiedy po festiwalu przesłuchiwałem ich płytę, to nie poruszyła mną dogłębnie i raczej nie trafia w moje gusta, ale w tamtym stanie, czasie i przestrzeni byłem całkowicie pochłonięty. Trójka dosyć niepozornych muzyków zmieniła się w gwiazdy większe niż życie. Drobna gitarzystka z wirtuozerią ujarzmiała swój instrument, poruszając dłonią po gryfie z prędkością przeczącą prawom fizyki. Pulchny basista orał swoim basem z mocą gwiezdnych niszczycieli. Schowanego z tyłu perkusisty niestety nie zapamiętałem aż tak wyraziście, ale nie wątpię, że doskonale znał się na swoim fachu. Całość sprawiała na mnie wrażenie doskonale wyprodukowanej, monumentalnej rock opery, gdzie płynące, wielobarwne światła opowiadały wraz z muzyką jakąś niesamowitą historię.
Niestety ta niebiańska uczta w końcu dopadła końca i znowu na długi czas pod sceną zapadła sycząca, niepokojąco rozedrgana próżnia. Trochę już jednak wybity z wszechogarniającego swoją nieprzyjemnością chaosu nawet nie próbowałem szukać wrażeń. Udałem się wprost do strefy czillu, gdzie przeleżałem czas do kolejnego koncertu na hamaczku poważnie zastanawiając się nad swoim życiem.
Następny na scenie był zespół Kiev Office. Może nie wystrzelił mnie w kosmos tak bardzo jak Haasta, ale zdecydowanie dodał wartości do tej niefortunnej nocy. Kaszubska, eksperymentalna alternatywa okazała się być jak najbardziej po linii z psychodelicznym doświadczeniem. Pamiętam wyraźnie jedynie początek, w którym frontmen intrygował mnie nieznanymi mi instrumentami oraz wokalizacjami przepuszczonymi przez rozmaite efekty. Muzyka i performance były przede wszystkim dziwne i zaskakujące, ale także odpowiednio intensywne. I znowuż nie do końca przystające do raczej spokojnego indie klimatu, charakteryzującego parę singli, które potem sprawdziłem na youtubie. Może to ich urok, może to LSD.
