Rapowym headlinerem był za to kolejny G, tym razem młody, czyli nie kto inny jak sam król przypału – Belmondo. Jego występ od początku był owiany tajemniczą aurą, bo chodziły jedynie słuchy, że się odbędzie, ale brakowało go w oficjalnym line-upie. W dzień koncertu został na instagramie ogłoszony jako tajemniczy gość i kto miał wiedzieć ten wiedział, ale w sumie wyobrażam sobie, że sporo osób mogło go przegapić. Ja sam, mimo świadomości, że to ma się wydarzyć, zorientowałem się, że koncert się zaczął będąc akurat w namiocie. Tego pięknego, mocnego głosu nie da się pomylić z niczym innym, więc czym prędzej pobiegłem przez całe pole, aby nie ominęło mnie nic więcej z tego tragikomicznego geniuszu.
Ostatnio przy okazji relacji z 3Ery trochę ponarzekałem na Gdynianina, ale na tym Spokoju widziałem go po raz pierwszy i wrażenie było piorunujące. Mocarny głos, twarda dykcja, niezachwiana pewność siebie w postawie dawały poczucie cokolwiek gwiazdorskie. I tak, z biegiem czasu teatralność tej pozy zaczęła trochę męczyć, ale wtedy było to totalnie świeże. Cała scena urosła wraz z Belmondem i zrozumiałem jak wiele może uczynić charyzma wykonawcy. Najs.
Trzeciego dnia nadszedł czas na przejęcie sceny przez moją ekipę. Czas jak na festiwal był mocno śniadaniowy, bo otwieraliśmy scenę w okolicach 15, a wtedy to pewnie spora część festiwalowiczów dopiero się budzi, ale to absolutnie nie przeszkadzało. Jak na nasz poziom ta kameralna, leniwa atmosfera tylko dodawała komfortu psychicznego i najpierw na totalnym luzie koncert dał szacowny kolega TUZIN, a potem ja mogłem pobawić się w gwiazdę rocka nawijając ekspresyjnie pod live bandowe aranżacje moich pierwszych utworów.
Bawiłem się świetnie i wyszło mega dobrze, jak na moje oczekiwania, ale gorzej już było ze świętowaniem sukcesu, które zdecydowanie skręciło w złą stronę. Jak i w roku poprzednim, tak i tym razem zdecydowałem się wrzucić na ruszt coś psychodelicznego, ale wiedziony problematyczną łapczywością podsycaną podstępną myślą „przecież zasłużyłem” – mocno przeholowałem z ilością kartoników. Zamiast euforycznego zanurzenia w artystycznych wibracjach festiwalu zafundowałem sobie kolorową zupę przed oczami, chaos w głowie i język niezdolny do formułowania spójnych komunikatów. Błąkałem się więc na progu porządnego bad tripa unikając wszelkich interakcji, co na ziomalskim festiwalu nie było zbyt łatwe. Brak umiejętności mówienia i twarze wykrzywiające się w groteskowe maski, to generalnie słabe efekty w miejscu, gdzie jest pełno ludzi i co chwila ktoś Cię zagaduje.
Nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca próbowałem schronić się w muzyce. Na głównej scenie nic się nie działo, więc chyba po raz pierwszy zawitałem na rave’y. Na papierze to się powinno udać – dać się wciągnąć w pulsujący basem transik i pozwolić ciału porządnie się wydygać z chemicznego napięcia. Niestety nie pykło. Scena i „parkiet” były tak malutkie, że czułem się boleśnie odkryty i na widoku. Nadzieja na anonimowe zagubienie w podrygującym tłumie nie została ziszczona i lęk społeczny kwitł w najlepsze. Do tego obecnie urzędujący za konsoletą dj i puszczana przez niego muzyka sprawiali wrażenie cokolwiek „jadowite”. Syczące podstępnie hi-haty, zielonkawe oświetlenie, wąskie, przymrużone szparki oczu dja. Nie ulegało wątpliwościom, że pod cienką powłoką ludzkiego przebrania kryła się jakaś oślizgła gadzina, która swoją wężową muzyką wodziła nas wszystkich na pokuszenie. Nie ze mną te numery. Przejrzawszy łuskowatą naturę tego miejsca podjąłem jedyną logiczną decyzję, aby czym prędzej czmychnąć z powrotem do lasu.
