Po ufokach na scenie zaczęli powoli ustawiać się Alik, Kony, MłodyGad600, czyli trzon ĆpajStajlu razem z całą świtą swoich ziomków. Wydawali się trochę nieobecni i poplątani. Długo im to zajęło, ale to w końcu gwiazdy wieczoru, więc mają święte prawo do obsuwy. Kiedy w końcu wydawali się gotowi do rozpoczęcia, Alik rozdzierająco wrzasnął do mikrofonu „TAATOO!”. Wtedy okazała się największa beka tego koncertu, bo gdzieś z krzaków wyłonił się stary, trochę nieświeży dziad w koszulce dollarmody z kolorowym napisem „drugs”. Widywałem go cały dzień, jak krążył po terenie festiwalu spokojnie sącząc piwko. Teraz wdrapał się na scenę i zadowolony chwycił gitarę. I wtedy zrozumiałem! To legendarny Rafał Kwaśniewski, znany jako Kwasek – gitarzysta wczesnego Kultu i współzałożyciel zespołu Elektryczne Gitary. Prywatnie ojciec Aleksandra znanego jako Alick lub CoolP, który wraz z Konym założył ĆpajStajl. Razem na scenie wykonywali taki hity jak „Dziwko Wezmę Cię Na Dno”, „Matuli Pikawa”, czy „Martyrologia Dzielni”. Piękne rodzinne chwile. No dobra, trochę przesadzam, bo w sumie to Kwasek ze swoją gitarą nie miał tam chyba zbyt wiele do roboty, jako że większość muzyki ĆpajStajl jest bardzo syntetyczna. Dopiero w kawałku „Młody Synek” mógł się udzielić i chyba nawet jakoś tam naciskał syna, aby już zagrać ten kawałek i to nie jeden raz. Nie wiem, nie pamiętam szczegółów, ale kojarzę jakiś chaos na scenie, jakieś nerwowe wymiany zdań między artystami i „Młodego Synka”, który leciał wielokrotnie i nie chciał się skończyć.
Nie był to zły koncert, ale miał problem z utrzymaniem odpowiedniej energii, która uciekała gdzieś bokiem przez ogólny nieogar wykonawców. Przy czym znowu – miało to swój unikalny, piknikowy klimat i bawiłem się bardzo dobrze. Po prostu późniejszy koncert w trakcie legitnej trasy promującej „Melodramat” był nieporównywalnie bardziej dopracowany i precyzyjniej uderzający wybuchową energią charakterystyczną dla tego składu.
Z koncertów tej edycji Spokoju przywołam jeszcze Ciszę Nocną, występującą drugiego dnia. Jazgotliwy, eksperymentalny jazz, który, ilustrowany przez kalejdoskopowe wizualizacje, dekonstruował scenę grubo po północy. Był to dla mnie o tyle interesujący koncert, że po raz pierwszy na Spokoju i w życiu w ogóle doświadczyłem żywej muzyki na psychodelicznym tripie. Totalnie pochłonięty nurzałem się w nawałnicy dźwięków, z zafascynowaniem patrząc się na rozedrgane sylwetki wielu muzyków dzierżących swoje dziwne instrumenty. Magicznych momentów nie zakłócały żadne przeszkody, ponieważ mogłem się pod sceną czuć w pełni bezpiecznie. Na łonie natury, wśród pokojowo nastawionych ludzi o zbliżonej wibracji, na festiwalu zrodzonym z czystej intencji. Nie miałem wątpliwości, że nic mi nie grozi – ani napaść, ani szydera – i mogłem pozwolić sobie na bycie w pełni sobą. Nie jest to festiwal hipisowski w sensie starającym się wiernie odtwarzać przeszłe trendy, ale na pewno czuję w nim nową wersję tego ducha wolności, który w latach 60-tych poruszył serca i wyobraźnię całego pokolenia.

Z drugiej strony, tak jak i kontrrewolucja hipisowska miała swoją mroczną stronę, tak i Spokój regularnie uderza w ciemniejsze tony stając się po północy chaotycznym, rozedrganym i bardzo niespokojnym rewersem wakacyjnej sielanki, którą się jawił w świetle południowego słońca. Nie żeby kiedykolwiek stało się coś szczególnie nieprzyjemnego, po prostu ogólny klimat staje się w pewnym momencie dosyć przesycony odmiennymi stanami świadomości kotłującymi się w powiększonych źrenicach błąkających się w ciemnościach uczestników. Zewsząd dobiegają strzępki niezrozumiałych rozmów, trwa nieukierunkowana krzątanina, a na scenach zespoły często grają muzykę nie mającą nic wspólnego z jakimkolwiek spokojem.

Tej nocy na górce przed sceną zapłonęło olbrzymie ognisko wzbijające się pod niebo jadowitym płomieniem błyskającym dziwnymi odcieniami. Dookoła siedziało mnóstwo ludzi, trochę zbyt blisko, jak na niestabilną konstrukcję płonącego stosu, na który składały się nie tylko szczapy drewna, ale też jakieś stare meble przytargane nie wiadomo skąd. I cały czas coś było dorzucane do centrum gorejącej masy, w czym przodował Załaz z Ufocore. Z obłąkańczym śmiechem kładł na stos wielki materac sprężynowy, który efektownie, w ekspresowym tempie zaczął odsłaniać pod naporem żaru swój poczerniały, metalowy szkielet. Zaraz potem wspaniale udając rozpacz krzyczał: „Co ja zrobiłem? Mój dom! Gdzie teraz będę spał?”. Byłem zafascynowany tym performansem.
<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
