2 Spokój niespokojny

Rok później pandemia już szalała w najlepsze i partyzancki Spokój był jedną z niewielu okazji wyłamujących się społecznej izolacji. Pierwszy Spokój zapamiętałem, bo występowałem na nim z MetaGængiem. Drugi Spokój zapamiętałem, bo występował na nim ĆpajStajl. To dla mnie równie ważne wydarzenie, bo od razu magicznie uderzające w mój osobisty gust prezentując na scenie akurat to, czym się w danej chwili najbardziej jaram.
Oczekiwałem po tym Spokoju przede wszystkim klimatu i dobrej zabawy, czym przejmować się nie musiałem, bo otoczenie i ziomalstwo czyniło z tego samograj. Jednak, jeżeli chodzi o muzykę, to dopiero patrząc na Krakowską reprezentację w line-upie dotarło do mnie, że „Ej! Tam będą naprawdę zajebiste koncerty!”. I tak pozostało do dzisiaj.
ĆpajStajl w tamtym czasie dopiero powoli przebijał się do szerszej świadomości i był zaraz po wydaniu swojej drugiej (moim zdaniem najlepszej) płyty „Melodramat”. Do mnie dotarł za sprawą porytego teledysku do „Matuli Pikawa”, który totalnie otworzył mi głowę na nową falę rapu. Trap i autotune’a moja niedoedukowana głowa przed tym fenomenem zawsze wrzucała to wora „plastikowe i chujowe”, ale ĆpajStajl pokazał mi, że na tych patentach można zrobić naprawdę świeże, wizjonerskie gówno, które nie daje się łatwo zamknąć w jakiekolwiek ramy. W zasadzie moje zainteresowanie się rapem jako muzyką mogę spokojnie podzielić na etap przed i po ĆpajStajl.
A tutaj okazuje się, że pierwszy raz na żywo zobaczę ich właśnie na tej samej scenie, na której i moja noga stanęła rok wcześniej. Na samym środku tego kaszubskiego pola, gdzie czuję się jak na plenerowej imprezce z własną ekipą. Sztos!
Występowali pierwszego dnia, pewnie w okolicach północy. Zaraz przed nimi scenę rozgrzewała jeszcze ich zaprzyjaźniona ekipa UFOCORE, również wykonująca mocno syntetyczną, przećpaną, eksperymentalną, wersję rapu. Nigdy nie udało im się wybić na równi z ĆpajStajlem, ale absolutnie nie byli tylko jego gorszą wersją. Załaz, Banana i mr. Bongo nadają swojej ulicznej poezji unikalny cyber twist, silniej zaznaczoną psychodeliczną abstrakcję i dużo większy luz. Czasami może zbyt wielki. Życzyłbym ekipie, żeby kiedyś się jednak troszeczkę spięli i przyłożyli do jakiegoś długogrającego materiału, bo potencjał myślę bardzo duży. A na razie ledwie jeden starożytny mixtape i dwie nierówne epki, gdzie ostatnia ma już trzy lata.
Na tamten moment byli po premierze pierwszej epki UROBOROS, która bardzo mi się podobała, więc i na koncert byłem całkiem napalony. Kiedy ekipa wyszła na scenę, sprawiali wrażenie troszeczkę onieśmielonych, ale w uroczy sposób. Wyobrażam sobie, że pytając publiczności – „czy są tu jacyś fani ulicznego rapu”, tak jak i MetaGeng rok temu nie do końca ogarniali, co to za miejsce i dlaczego dają koncert na Kaszubach. Poprosili jeszcze o to, aby na scenę dać tyle dymu, aby nie było ich widać i zaczęli. Koncert był super! Energiczny, dobrze wykonany, zaskakujący swoim kosmicznym cyber-klimatem. Miało to też ten lubiany przeze mnie urok niedoświadczonej ekipy, która może nie czuje się zbyt pewnie na scenie, ale za to daje z siebie wszystko i autentycznie ekscytuje się własnym występem.
<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
