Drugiego dnia najważniejszym punktem programu była oczywiście Tonfa, którą Jezusowi, najwyraźniej po wielu próbach, w końcu udało się ściągnąć na festiwal. Było to wprost powiedziane po koncercie, w grzejącym serduszko wystąpieniu, gdzie organizator Spokoju wspominał z żalem, jak jego pierwsze, zapalczywe zaproszenia Tonfiarzy na Spokój były kwitowane chłodnym zwrotem „Nie jesteśmy zainteresowani”. Doceniam fanowską determinację Jezusa, który konsekwentnie zapraszał okolicznych Tonfie artystów: najpierw Bartuś, potem Krenz, aż w końcu udało się przekonać najwyższą arystokrację tego bagiennego stylu.
No i wjechali jak do siebie. Jakby spokojowa scena motyla tylko czekała aż jaśnie państwo postawią na niej stopę. Rozebrzmiał pierwszy banger „Nowa era” i walec zaczął się toczyć. I w sumie wcale nie było bagiennie. Od wydania „Trzeciej szyny” rdzenny styl Tonfy przeciął dużo bardziej tradycyjny, hip-hopowy sznyt, chociaż oczywiście przepuszczony przez rozstrojone filtry. Panowie dumnie zawłaszczali swoją prezencją całą scenę, tłuste produkcje bujały publiką, a łapy trzymane były w górze. Oni już wiedzą, jak to się robi.
Najwięcej opisuję tutaj koncertów rapowych, bo jedynie w tej muzyce czuję się minimalnie kompetentny i rozeznany, ale Spokój to naprawdę szeroki przekrój gatunkowy, a zaraz po rapie drugą najsilniejszą reprezentację zalicza młody jazz, więc na koniec, dla balansu przywołam ZKensemble. Solowy projekt Ziemowita Klimka, którego chyba najbardziej znanym zespołem jest Immortal Onion, ale swoją obecnością uświetnia też tysiąc innych projektów muzycznych z Trójmiasta i reszty świata. Tym razem – w różowym szlafroku, przystojny jak młody szatan – ujeżdżał basowy syntezator z wirtuozerską finezją, wydając linie czasami tak głębokie i tłusto oteksturowane, że najcięższy trap mógłby się zawstydzić. A za nim oczywiście cała zgraja utalentowanych muzyków wspaniale dopełniała te złożone i progresywne kompozycje.

Po tak wysokim poziomie muzycznego performansu ostatni koncert tej edycji przyniósł zwrot o 180 stopni dając okazję, aby nie wrócić do domu zbyt ukulturowionym. Specami od schamienia okazał się ponownie zespół Elektrośmieci. Byłem ciekawy, co tym razem Bartuś i spółka wykombinują, tym bardziej, że, ku mojemu zdziwieniu, została im oddana do dyspozycji duża scena. Co jak co, ale do takich klimatów dużo bardziej pasują według mnie duszniejsze warunki i możliwie skrócony dystans do publiczności. Niestety koncert nie okazał się tym razem tak duchowym doświadczeniem jak uprzedniego roku. Wręcz w ogóle nie okazał się niczym ciekawym z tego prostego powodu, że Bartusiowi nie udało się utrzymać formy do ostatniej godziny ostatniego dnia festiwalu i był już kompletnie zużyty. Ja wiem, że alkohol i narkotyki to niestety siła napędowa wielu skrajnych, ale ciekawych zjawisk artystycznych, jednak kiedy pierwszoplanowy wokalista/krzykacz jest tak porobiony, że ledwo trzyma się na nogach, to poziom przedstawienia nieuchronnie i boleśnie spada. Więc zamiast prowokacyjnej agresji i niepokojącego szaleństwa została już tylko nietrzeźwa pajacerka w wykonaniu Bartusia i towarzyszących mu w warstwie wokalnej kolegów – krzyczącego zdartym głosem faceta przebranego za małpę, umundurowanego, growlującego chłopa z wąsem i jakiegoś ziomka w czapce z daszkiem i śmigiełkiem. Żeby nie było – skład instrumentalny był jak najbardziej w porządku, ale jak jest sporo wokalu, to jednak skupia on najwięcej uwagi. Moja szybko się tym widowiskiem zmęczyła, więc bez żalu udałem się na zasłużony odpoczynek.

