W Pewnym Sensie

Spokój – wielki festiwal, wielka relacja

I na tej pięknej scenie dużo później tego dnia wydarzył się najważniejszy dla mnie koncert tej edycji. Mosa.Tech – kolejny diament zadymionego, warszawskiego podziemia, świeżo po wydaniu swojego najnowszego i jakościowo przełomowego albumu “Wojne”. Tego roku był to mój zdecydowany muzyczny faworyt, więc tym bardziej ubolewałem, że z przyczyn różnych ominęły mnie koncerty z trasy zarówno w Gdańsku jak i Warszawie i tym bardziej się podjarałem, że zobaczę ich na Spokoju. Bo koncerty na Spokoju są najlepsze. I tym razem okazało się to prawdą.  

Uderzyło apokaliptyczne intro, na scenę wyszedł spokojny i “oddalony” Uncaame i szalony w swojej ekspresji Hemolgoblin (najlepsza ksywa w pl rapie) i zaczęła się podróż. Uwielbiam ich muzykę za wyjątkową na polskiej scenie rapowej atmosferę i punkt ciężkości. Połamane produkcje rozlewające się poza klasyczne zwrotki i refreny, ale zawsze skupione na zatopieniu słuchacza w inne światy – odległe, futurystyczne, na pierwszych albumach kosmiczne, na ostatniej wręcz postapokaliptyczne, często podszyte jakąś sakralną duchowością. Na to wchodzi rap po jednej stronie mantryczny, po drugiej opętańczy, po obu nadawany skojarzeniowym szyfrem przepuszczonym przez szeroki zakres efektów. Tutaj przekaz się raczej czuje całą muzyką niż odczytuje z tekstów. Stylistycznie dużo tutaj powinowactwa do pionierskich Synów lub Tonfy, ale bez autoironii i zdystansowanej niedbałości. Mosa.Tech z pełnym przekonaniem i patosem wciąga w swoją dystopijną przestrzeń i tak też się czułem podczas koncertu. Razem z chłopakami byłem i w kosmosie, i na wojnie, i w plątaninie ciemnych uliczek gdzieś w bebechach nieskończonej metropolii, a to wszystko wciąż opowiadane z perspektywy ulicznych raperów, bez grama inteligenckiej napinki. 

Po tej wojennej zawierusze miękkie lądowanie z powrotem na sielskie, kaszubskie łąki zapewnił EXPO2000. Stoicki ziomal o wujowskiej energii mimo wielkiej obsuwy w programie i porządnie już przerzedzonej publiki stanął na wysokości zadania i do 5 rano bujał najwytrwalszą garstką w rytm swoich ściśle hip-hopowych, a jednak nowatorskich produkcji. Piękny to był poranek – lekka mgła unosząca się znad obleczonych rosą polan, rozmywająca nieśmiałe jeszcze słońce w senną poświatę i ów człowiek pochłonięty pasją, roztaczający zza swojej konsoli idealny soundtrack do budzącego się życia i zasypiających spokojowiczów. 

 

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18


Opublikowano

w

,

przez

Tagi: