W Pewnym Sensie

Spokój – wielki festiwal, wielka relacja

6 Spokój skoncentrowany 

  Wydawałoby się, że szósta edycja będzie sprawiała skromniejsze wrażenie po zeszłorocznych perturbacjach. Krok w tył, głębszy oddech, szukanie nowej drogi ku stabilności. Zmianą w tym duchu było na pewno okrojenie czasu trwania festiwalu o jeden dzień, a to już 1/3 roboty mniej. Poza tym jednak szybko okazało się, że reszta przyjętej strategii najwyraźniej zakładała wypełnienie pozostałych dwóch dni taką dawką zawartości i jakości, aby absolutnie nikt nie mógł pomyśleć, że “było widać cięcia”.  

Najważniejsze jest to, że urosła jeszcze jedna scena – dubowy soundsystem ustawiony przez Pandadread w lesie zaraz za wjazdem na główny teren festiwalu. Przestrzeń mała, ale dla prawdziwych koneserów. Parkiet w leśnym zagłębieniu, z którego wyrasta głośnikowy totem. Potężne kolumny jedna przy drugiej pospinane na kształt świętego obelisku potrafiły dać głęboko duchowe przeżycia, kiedy ich niskie wibracje rozmasowywały serducho. Djka nietypowo, bo po przeciwnej stronie parkietu. Pierwszy raz widziałem taki set-up i był on naprawdę ciekawym doświadczeniem. Nagle postać samego dja i jego energia zostaje odsunięta zupełnie na bok, aby ustąpić sile czystego dźwięku i transowego rytmu sączącego się z membranowych kolosów. W tym miejscu kłaniam się Kieratowi z Tonfy, który poza byciem świetnym raperem najwyraźniej potrafi zapodać równie soczystą selekcję jamajskiego łomotu. Ja tam odleciałem. 

Scena namiotu (czyli mała) uległa takiej transformacji, że wypadałoby jej zmienić nazwę, bo zdecydowanie nie jest już namiotem. Przy tym, na poprzednim Spokoju zdążyłem już polubić jej kuriozalną lokalizację i idący za tym niesamowity, partyzancki klimat, ale ciężko nie przyznać, że nowa odsłona jest po prostu pod każdym względem o niebo lepsza. Została przeniesiona na drugi koniec pola namiotowego, więc nie ma się już wrażenia, że trzeba zrobić wycieczkę do jakiejś odrębnej miejscowości, a zamiast kryjącego ją polowego namiotu powstała solidna, drewniana konstrukcja tworząca klimatyczny, półotwarty taras. 

Na nowej scenie namiotu mieści się cały namiot

To tam witałem słoneczko przy zupełnie odjechanych dźwiękach latynoskiej Cumbii zdeformowanej do psychodelicznych wymiarów przez niejakiego Trash Todda. Spowolnione tempa i glitchujące efekty uczyniły tę skądinąd wesołą muzykę przedziwnym transem, sennie wprowadzającym w drugi dzień festiwalu. 

Duża scena pozostała w swojej istocie niezmieniona, bo już dwie edycje wcześniej osiągnęła wysoki poziom wypasu technicznego. Po raz pierwszy za to pojawiły się na niej adekwatne dekoracje podkreślające artystyczny wydźwięk festiwalu – po obu stronach stanęły dwie, monstrualne, drewniane kolumny powycinane w kwieciste, naturalne wzory.  

Mam w głowie ciekawy obrazek, utrwalony podczas jednego z pierwszych koncertów – Szelestu spadających papierków – ojców polskiego noise’u częstujących widownię nieprzerwaną ścianą agresywnego szumu. W środku tego intensywnego show, gdzie starszy pan bezlitośnie piłował na gitarze tak przerobionej efektami, że gdybym jej nie widział, to za nic nie odgadłbym, że taki instrument w ogóle jest używany, nagle pojawiła się kolumna ludzi niosąca ów kolorowy totem poskręcany na długich, żelaznych prętach. Wesoła kompania w świecie ogłuszającego hałasu. Trochę na szczęście, a trochę szkoda, że poczekali z jego montażem do końca koncertu, bo byłaby to ciekawa wizualizacja. Kiedy już jednak do tego doszło, miałem okazję zaoferować swoją pomocną dłoń w tym procesie, jak zresztą wiele innych osób z łapanki i jednocześnie zerknąć na mały wycinek zakulisowych dynamik i realiów związanych z budowaniem festiwalu. Trochę dobrej zabawy, dużo chaosu komunikacyjnego, dużo ludzi chcących pomóc, mało takich, które wiedzą, jak to zrobić. Kiedy już jest jasnym, że więcej gotowości i zrozumienia nie da się osiągnąć, w rytmie ciężkiego sapania i dziwnych pozycjach zaczynamy wciągać ważącą dziesiątki kilogramów, mierzącą z 10m instalację na filar sceny. Co chwilę coś nie pasuje, coś jest krzywo, coś nie styka, a metalowe pręty bujają się niepokojąco nade mną, kiedy stojąc pod filarem deską próbuję nakierować konstrukcję w odpowiednie miejsce. Ktoś oplątuje się pasem konstrukcyjnym, aby móc dociągnąć ozdobę do pionu całym ciężarem swojego ciała. Ktoś krzyczy, coś klika i nagle stabilnie osiada. Wszystko pasuje, scena jest piękna.  

Ja z deską

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18


Opublikowano

w

,

przez

Tagi: