To na co czekałem tego dnia i to, co okazało się prawdziwym, epickim, apokaliptycznym wręcz końcem całego festiwalu to koncert zespołu Elektrośmieci. Wiedziałem o nim tyle, że jego częścią jest Bartuś 419, który tak zachwycił mnie na poprzedniej edycji, że wystarczało to, do uznania tego wydarzenia za konieczność. Ale nie było łatwo tam trafić. Według rozpiski Elektrośmieci miały grać na scenie namiotu, czyli daleko w krzakach w bardzo przykrym czasie nachodzącym na koncert Krenza – związanego z tonfowym środowiskiem producenta mocno basowej muzy. Odległość od obu scen była znaczna, a ja w stanie dużej ekscytacji biegałem co chwila w jedną i drugą stronę, aby zobaczyć, czy Bartuś już coś tam krzyczy. Nie krzyczał. Kiedy Krenz w najlepsze puszczał swoje niskotonowe gnieciuchy, czasami wspierany rapowo przez Karuzelkę z Tonfy, raz na scenie namiotu trafiłem na kompletną pustkę, raz na jakieś ambienty na trąbce. W końcu zajarzyłem, że to nawet nie wielka obsuwa, a kompletne przesunięcie Elektrośmieci na sam koniec. Objawia się tu mały problem ze Spokojową komunikacją takich rzeczy, bo wszystkie informacje lecą na rolki na Instagramie razem z całą masą standardowych relacji o tym, że ktoś grał, a ktoś zrobił trikasa na desce. I rodzi to sytuację, w której, żeby się dobrać do informacji o zmianach w line-upie, trzeba się każdorazowo przebić przez 30 innych rolek. Ciężko o tym pamiętać, a niepotrzebnie przez to minęła mnie część Krenzowego seta.
Zdarza się.
Kiedy wiadomo było, że nastał już czas końca, wśród szumiących ciemną nocą drzew stanąłem u wrót leśnego namiotu. W środku stylowy jak zawsze Bartuś popijał z gwinta wódkę i palił jointa, a reszta muzyków szykowała swoje instrumenty – perkusja, gitara i syntezatory. Już próby dźwięku dawały przedsmak maksymalnie przekręconych przesterów i piłującego, syntetycznego hałasu. Kiedy wszystko było już gotowe od razu pękła struna i jeszcze przez moment trwała chaotyczna krzątanina, wśród której, nie wiadomo skąd, przebijały się dziwne pokrzykiwania – „Lubicie metal?” i „AAaargh!”.
Zaczęło się zaskakująco powolnym intrem, gdzie klimatyczne plamy dźwiękowe zostały doprawione jakąś niezrozumiałą gadaniną puszczoną przez Bartusia z youtube’a na telefonie i wzmocnioną przyłożonym megafonem. Nie wiem, co to było, może jakaś wypowiedź z tv Trwam, ale dawała bardzo niepokojący efekt. A potem zaczął się elektropunk.
Z głośników jebnęło taką ścianą częstotliwości, że każda normalniejsza osoba od razu się trochę wycofała robiąc miejsce dla true zryciuchów ruszających we frenetyczne pogo. Perkusista zaczął walić w talerze z taką zapalczywością, jakby jego głównym celem na ten wieczór było połamać na nich swoje pałki. Przesterowany (a jakże!) głos Bartusia zaczął wykrzykiwać takie frazy jak “Nawet mój pies wali xanax” lub “kurwa, gówno, YOLO, sweg – elektrośmieci beng, beng, beng” ilustrując to cielesnymi konwulsjami swojego posiadacza.

Z bezpiecznej odległości, oniemiały obserwowałem tę diabelską eksplozję energii – raz pajacowatą, raz niepokojącą, czasami agresywną – i nie mogłem pojąć istoty swojego zachwytu. Chyba ponownie chodzi o wręcz duchowy przepływ, szalony performans możliwy tylko w danym układzie okoliczności. Po chwili nie rozróżniałem już poszczególnych kawałków, a doświadczałem, bardziej niż stricte muzyki, dzikiego spektrum emocji przesyłanych mi przez zespół.
W międzyczasie pod sceną i w namiocie rozkręciło się małe piekiełko. Wszystko od początku było skąpane w czerwonym świetle, ale teraz coraz bardziej szalejący Bartuś wraz z garstką innych zatraceńców swoim dzikim tańcem nieustannie wzbijali w powietrze tumany piaszczystego pyłu czyniąc atmosferę dodatkowo odpychającą, co jednak tylko dodawało autentyczności. Sam ledwo mogłem oddychać i zmuszony byłem wycofać się do wyjścia z namiotu, a oni, tarzając się w tym gryzącym żywiole, wrzeszczeli jak opętani.
Kolejna eskalacja nastąpiła, kiedy zasapany Bartuś oznajmił, że powoli czas na ostatni numer, więc pozwoli sobie z tej okazji zaprosić na scenę paru znajomych. Jednocześnie, nie wiadomo skąd, zakapturzone postacie przemknęły na scenę i kiedy ponownie zaczął się jazgot potroiła się ilość skowytu. Jakikolwiek tekst zupełnie przestał istnieć i tylko hasło “elektrośmieci” przeplatane z wulgaryzmami wybrzmiewało screamem, growlem, skrzekiem i charkotem bez żadnego ustanku wydobywając się z łysych, grubo ciosanych czerepów.
Ku mojemu zdziwieniu jednym ze “znajomych” był Asthma, którego uświadomiłem sobie w momencie, w którym wpychał mikrofon do gardła jednego z najbardziej oddanych i wyjących fanów zespołu “Elektrośmieci”. Wtedy zrozumiałem, że jego wcześniejsza kiepska kondycja i dziwna wibracja była wynikiem wpadnięcia w złe towarzystwo Bartusia i jego ekipy, którzy najpierw go urobili na melanżu, a potem nakłonili do takich ekscesów. A taki miły, grzeczny chłopak był z tego Asthmy.
W każdym razie na tym etapie koncertu doznania sensoryczne straciły już kompletnie jakąkolwiek formę i stały się naprawdę ciężkie do zniesienia. Do tego sam Bartuś w pewnym momencie, bez słowa wyjaśnienia, po prostu wyszedł z namiotu cały spocony i z gołą, pociętą klatą i dziarskim krokiem poszedł w las. Stwierdziliśmy z dziewczyną, że to dobry moment na zainspirowanie się i również zakończyliśmy tę przygodę.
40 minut później, w promieniach porannego słońca, kiedy już po umyciu zębów powoli, z uśmiechem na ustach, składałem się do ostatniego spoczynku na tej edycji festiwalu, powietrze dalej rozbrzmiewało odległymi, acz intensywnymi wibracjami. Ze sceny głównej szalony perkusista zespołu Lasy walący w swoje bębny w tempie co najmniej 200 bpm (ponoć grali nawet, jak im już prąd odcięli), a ze sceny namiotu dzikie wrzaski najwyraźniej wciąż wypalających się elektrośmieci. Jak spokojnie.
