Tego dnia rapowych wydarzeń w ogóle miało być dużo. Można powiedzieć, że headlinerem całego festiwalu mógł być Asthma, który dopiero co wydał swoją nową płytę i świętował szczyt popularności. Jego koncert jednak nie odbył się zgodnie z planem i został zdjęty z rozpiski w atmosferze niezbyt przyjemnego chaosu. Dokładne przyczyny są oczywiście owiane tajemnicą, ale Asthma mignął mi gdzieś na widowni tego dnia i jego brak dyspozycyjności najprawdopodobniej wpadał w dosyć prostą i oczywistą kategorię charakterystyczną dla rozhulanego festiwalowego środowiska. Na szczęście nic nie przepadło doszczętnie, ramy line-upu okazały się na tyle elastyczne, że koncert udało się przenieść na dzień kolejny.
Po faktach stwierdzam, że może i dobrze się stało, bo następni w kolejce koncert mieli Ziomcy. Młodzi, zjarani, stylowi i z depresją. Na pierwszych wydawnictwach z trochę psychodeliczną, zamuloną wyjebką swobodnie poczynali sobie z oldschoolowymi wzorcami. Teraz robią podobnie z nową szkołą, ale to jeszcze nie ten Spokój. Klimat ogólnego nieposzanowania wiodących trendów na rzecz pochwały niedbałości, zdystansowania i ogólnej abstrakcji w warstwie lirycznej, która bardziej bazuje na luźnych skojarzeniach niż spójnej, celowej narracji w jakiś sposób umiejscawia ich w podziemnym sąsiedztwie Tonfy (teraz to banalna obserwacja, bo oba składy dosyć szybko się skumały i wydały parę kolaboracji).
Mam poczucie, że, dzięki nieobecności Asthmy, Ziomcy mogli spokojnie wejść na scenę bez spiny o ramy czasowe i do tego zgarnąć pełne zaangażowanie publiczności spodziewającej się rapowej kulminacji. I jak najbardziej udało się chłopakom dostarczyć jakościowe doświadczenie. Widać było, że ekipa jest zgrana, dobrze oddająca grupową energię ciągłymi podbitkami i przeplatającą się mobilnością, chociaż z pewną dozą scenicznej niezręczności charakterystycznej dla świeżych składów, co jak dla mnie tylko dodawało uroku. Utwór za utworem, bez żadnego gwiazdorzenia pomiędzy. Czasami jakaś krótka odezwa do widowni, ale poza tym pełne skupienie na możliwie dobrym wykonaniu. Wspomniane podbitki często jakoś dziwnie się rozjeżdżały, ale nie jestem pewny, czy to nie celowy zabieg podkreślający oddający istotną dla tego stylu niedbałość. Tworzyło to pewne rozwarstwienie i dysonans, który jednak działał na korzyść wprowadzając klimat lekko psychodelicznej odklejki.
Wisienką na torcie był dla mnie widok uradowanych tonfiarzy pod sceną, którzy sprawiali wrażenie, jakby bawili się najlepiej z całej widowni głośno dopingując młodszych kolegów po fachu, z których twórczością najwyraźniej bardzo im było po drodze. Podzielam entuzjazm.
Asthma po piątkowym niewypale dotarł w końcu na scenę w sobotę. Z przykrością muszę przyznać, że najbardziej podobało mi się intro koncertu. Dj Zeten nakręcał na konsoli hardcore’owy rapowy klimat, co w połączeniu z efektownie udekorowaną sceną i gęstym zadymieniem dawało poczucie, że faktycznie zaraz zacznie się prawdziwie gwiazdorski występ. Niestety wraz z wejściem Asthmy na scenę energetyczny balonik zaczął powoli puszczać powietrze. Coś było nie tak i nie było to do końca uchwytne. Byłem już wcześniej na jego koncertach i generalnie bawiłem się dobrze, ale tutaj cały czas doświadczałem poczucia dysonansu. Najpierw zdziwiła mnie sama stylówka. Kojarzę chłopa z jego prospołecznych postaw, skręcającego w lewo komentarza społecznego i punkowej zajawki w dosyć pozytywnej odsłonie. A tutaj wszystko na czarno i ponuro plus wspomniany już Zeten i jego ciężkie intro. No nic, ewolucja stylówki, to normalna sprawa, ale wybrzmiewało to wszystko jakoś mało przekonująco. W sumie zawsze miałem z Asthmą taki problem, że wydawał mi się trochę za bardzo odgrywać swoją antysystemową pozę, ale w połączeniu z prostym, acz słusznym przekazem łatwiej się było w tym dopatrzeć trochę przeszarżowanego, ale uroczego młodzieńczego entuzjazmu. Wraz z drugą płytą przekaz zmętniał, styl muzyczny uległ rozszerzeniu, ale stracił na spójności no i ogólnie nie jest to zła płyta, ale nie została ze mną na długo. Brak większej zajawy muzyką plus dający poczucie pewnego fałszu performance Asthmy – gniewne grymasy, pospinane gesty, a nawet kopanie w jakąś bogu ducha winną barierkę – sprawiły, że zwinąłem się z koncertu nie czekając na jego koniec.

