Z przykrością opuściłem jego show, żeby zdążyć na pierwszą gwiazdę dużej sceny – rapera Bryndala w duecie z kultowym warszawskim producentem Eklektikiem, którzy występowali w wyjątkowym projekcie scenicznym we współpracy z trójmiejskim, jazzowym zespołem Klawo. Koncert zaczął się 40 minut po czasie, więc miałem dużo czasu na żałobę po bezsensownie urwanym koncercie Burnosa. Niestety obsuwy są klasycznym elementem spokojowych koncertów, co pewnie wiąże się z próbami dźwiękowymi wykonywanymi bezpośrednio przed występem. Jak to ma być raper plus dj, to nie stanowi to wielkiego problemu, ale jak do ustawienia jest jazzowy band składający się z 7 osób, to robi się z tego żywioł, który ciężko opanować.
W końcu próby zostały zwieńczone sukcesem i koncert się rozpoczął. Bryndal dobrze odnajdywał się na scenie ze swoją wodzirejską energią. Między kawałkami z powodzeniem animował widownię zabawami i historiami trochę głupimi, ale nigdy nie przekraczającymi granicy żenady. Zresztą stanowiły one tylko pomosty między naprawdę solidnymi wykonaniami dobrych utworów. Prezentowany rap był charyzmatyczny, dobry technicznie, mocno narracyjny, ale bez zacięcia ulicznego ani w jakikolwiek sposób silącego się na hardcore. Tematyka trochę o imprezach, trochę o rozterkach sercowych i próbach odnalezienia się w świecie, dużo po prostu o procesie artystycznym i robieniu muzy z ziomkami. Wszystko z komediowym sznytem. Dla mnie to była ciekawa odmiana względem moich typowych, raczej cięższych, preferencji rapowych. Do tego dobrze zintegrowany live band od razu winduje poziom wykonania na żywo, a Klawo to doskonali muzycy i wyraźnie czuć było chemię pomiędzy nimi a Bryndalem i Eklektikiem. Było po jazzowemu swingująco, bogato aranżacyjnie, a i zdarzały się mocniejsze, po hip-hopowemu tłuste uderzenia. Wedle deklaracji artystów wspólne układanie nowych aranżacji odbyło się w jakimś skandalicznie krótkim czasie, ale wysoki poziom umiejętności, czucie materiału i dobra zabawa przy jego układaniu dała w pełni dopracowany efekt.
Tego dnia moją uwagę przykuł jeszcze Yann – młody punk z Third Eye – kolektywu kojarzonego przede wszystkim z szerzej znanym Zdechłym Osą. Osę lubię za jego pierwszy album, ale zaliczył u mnie potężnego minusa za nędzny koncert na playbacku. Tym pozytywniej byłem zaskoczony, że jego bardziej rockowy kolega wraz z zespołem odegrali na scenie kawał dobrej roboty. Młodzi i gniewni zaprezentowali swoją wersję agresywnego emo-punk-rocka w prostej, ale uderzającej z pełną mocą odsłonie. Szybkie tempo, chwytliwe gitarowe riffy i zdarty krzyk samego Yanna opowiadający o bolączkach młodej dorosłości – dziewczyny, narkotyki i stany lękowe. Ujęła mnie jakaś bezpretensjonalna szczerość i emocjonalność z jaką wyrzucane były kolejne wersy. Same utwory raczej powtarzalne, zbyt podobne do siebie, ale energia wykonania pozwoliła mi podrygiwać z bananem na twarzy całą godzinę.

Drugiego dnia na honorowe wyróżnienie na pewno zasługuje Kuba Knap. Kiedyś wsłuchiwałem się w niego namiętnie, w pewnym momencie trochę wytraciłem zaangażowanie, kiedy Knap, w moim odczuciu, stępił swój rapowy pazur i zwrócił swoją twórczość w kierunku moralizatorsko konserwatywnego “ględzenia” z pozycji człowieka, który “już swoje widział”. Ale potem widzę, jak wychodzi na scenę i jest w 100% sobą, prezentuje to, co faktycznie jest dla niego ważne i w takiej formie, która konkretnie mu się podoba. Nawet jeśli gusta mam już inne, to nie sposób nie docenić takiej autentyczności bez krzty pretensji do gwiazdorstwa. Muszę przyznać, że miejscami byłem wręcz wzruszony tym, że chłop przeszedł jakąś drogę, spełnił swoje życiowe aspiracje i nie brak mu odwagi ani zaangażowania, żeby konsekwentnie opowiadać o tym na scenie, czy wręcz sztywno podśpiewywać w refrenach. To śpiewanie w ogóle jest znamienne – niezbyt pewne, niezbyt piękne, ale słychać, że taki miał pomysł, to mu się podobało, więc odbył kilka lekcji wokalnych i przędzie tę wizję na miarę swoich możliwości. I chwała mu za to.
