W Pewnym Sensie

Spokój – wielki festiwal, wielka relacja

Dużą zmianą była też lokalizacja kina, warsztatów i jogi, które teraz odbywały się odrobinę poza terenem festiwalu, na prywatnej posesji sąsiadów Jezusa. Wchodząc na ten teren doświadczało się cudownego poczucia przejścia do zupełnie innej bajki. Przed chwilą człowiek błąkał się po cokolwiek chaotycznym polu wielkiej imprezy, aby nagle znaleźć się na perfekcyjnie utrzymanym podwórzu przed wielkim, nowoczesnym domostwem. Nie docierała tu żadna muzyka, nikt nie spożywał niczego wyskokowego, panował perfekcyjny chillout. Ludzie albo regenerowali się na leżakach w ogrodzie, albo uczestniczyli w zajęciach w salce zaraz obok. Wspaniale było tu zaznać chwili odpoczynku dla skołatanych zmysłów.  

Największą i najważniejszą zmianą było zdecydowanie powołanie do życia kolejnej sceny koncertowej noszącej miano „tent stage”, czyli namiotu. Grały tam projekty muzyczne trochę mniejszego kalibru niż na głównej, ale nie ustępowały im jakością ani odrobinę. Do tego sam klimat tego miejsca w połączeniu z często bardziej eksperymentalnymi i alternatywnymi występami potrafił wywrzeć niesamowite wrażenie.  

Sama lokalizacja sceny była szalona, bo znowu trzeba było opuścić teren festiwalu i dojść leśną drogą aż do tabliczki z nazwą kolejnej miejscowości. Dopiero za nią skręcało się prosto między drzewa, gdzie wąska ścieżka po paru minutach doprowadzała do schowanego w krzakach wielkiego, wojskowego namiotu. Miejsce to było tak oddalone, nieoznaczone i schowane w krzakach, że miałem spore obawy, że część uczestników mogła równie dobrze, przez cały czas trwania festiwalu, w ogóle tam nie dotrzeć lub nawet nie zorientować się, że istnieje. A jednak na koncertach pustek nigdy tam nie uświadczyłem, więc kto miał wiedzieć, ten wiedział. 

To nie jest scena namiotu. Nie wiem, co to za scena.

Muzycznie była to mocna edycja. Zaczęło się właśnie na scenie namiotu, gdzie zupełnie przypadkiem trafiłem na rapowy skład Ciepłe Brejki. Lekko queerowa wersja totalnie wychillowanego, vibe’ującego, ziomalskiego rapu, gdzie do bujających bitów lecą wersy o kotkach, ziemniaczkach i fazkach. Najważniejsze, że czuć było pełną zajawę i luz, który idealnie mnie nastroił na sam początek festiwalu. 

Zaraz po nich namiot został przejęty przez Szymona Burnosa – prawdziwego człowieka orkiestrę. Otoczony przez cztery klawiszowe maszyny grał na nich jednocześnie w sposób tak opętańczy, że niemożliwe wydawało mi się, aby ten człowiek miał tylko dwie ręce.  

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18


Opublikowano

w

,

przez

Tagi: