5 Spokój zbyt wielki

Edycja piąta spuchła za bardzo. Nie dla mnie, broń boże! Bawiłem się świetnie. Niestety z późniejszych doniesień wynikało, że festiwal trochę ugiął się pod własnymi ambicjami i nie udźwignął finansowo. Organizatorzy skończyli z długami i wielkim stresem. Co dokładnie poszło nie tak, ciężko mi odgadnąć. Jeżeli całość klapy finansowej miałaby wynikać tylko z za małej ilości sprzedanych biletów, to coś musiało być grubo przeszacowane w fundamentalnych kwestiach (np. brak biletów jednodniowych). Ciężko mi sobie wyobrazić, żeby teren festiwalu mógł udźwignąć jeszcze drugie tyle uczestników, bo było ich i tak całkiem sporo. Może po prostu strukturalnie festiwal w końcu otarł się o przesadę, bo wszystko po raz kolejny zostało wzbogacone o znaczące nowości. Większość z nich na całe szczęście utrzymała się do kolejnej edycji, poza jedną, więc to na nią pada cień podejrzeń o finansową niewydolność.
Po raz pierwszy na Spokoju (i być może po raz ostatni) pojawiły się zagraniczne gwiazdy! Wielkie to było zaskoczenie w line-upie i w sumie bardzo pozytywne doświadczenie koncertowe. Na papierze wszystko grało – zaproszone zostały dwa zespoły z Reykiaviku – Ex Girls i Skrattar. Było w tym coś pięknie dopasowanego, że pierwsi zagraniczni goście pochodzą akurat z Islandii. Strasznie egzotycznie i strasznie dziwnie.
Byłem na całym koncercie Ex Girls i było to dobre! Chłodna, klubowa elektronika z delikatnym, ale wyrazistym kobiecym wokalem śpiewającym po Islandzku. W tle jakiś dziwny chłop z fryzurą na czeskiego piłkarza raz na jakiś czas wydaje z siebie dziwne wokalizacje i wsadza mikrofon do buzi. Bujało. Na Skrattar tylko zerknąłem, bo jakieś inne rzeczy mnie wtedy zajmowały. Na pierwszy rzut ucha był to jakiś motocyklowy rock, tylko z dziwacznymi Islandczykami w rolach głównych.

Muzycznie Islandczycy stanowili zdecydowanie wartość dodaną, ale zakulisowe ploty, które do mnie dotarły na ich temat kreowały obraz dosyć dzikiej i ciężkiej w ogarnięciu zgrai. Najpierw zaspali na umówiony transport i trzeba było szybko organizować nowy, a po dotarciu ruszyli w niekończący się melanż. W sumie nie brzmi to źle, ale jestem ciekawy, ile z ich kosztów zobowiązali się pokryć organizatorzy. Większość polskich zespołów gra na festiwalu raczej za darmo, dla czystej zajawy i możliwości wzięcia udziału w pięknym wydarzeniu. Domyślam się, że Islandczycy mogli sobie zażyczyć innego standardu obsługi, co mogło stać się niewspółmiernym do korzyści (no bo raczej ekstra publiki swoją obecnością nie ściągnęli) szokiem finansowym dla organizatorów.
