Ego Death
Tak dotarliśmy do ostatniego koncertu tegorocznej 3Ery (chociaż jeszcze o tym nie wiedziałem, ale o tym później). Ego Death. Byłem zaintrygowany z tego prostego powodu, że nie miałem najmniejszego pojęcia o tym projekcie. Nazwa mocarna, ale poza nią kompletny brak informacji, czy to na stronach 3Ery, czy też w ogóle w internecie. Albo inaczej – projektów muzycznych o tej nazwie jest mnóstwo, ale nic ze znalezionych nie brzmiało zbyt prawdopodobnie. Wyobraźnia podsuwała mi jakieś hardcore’owe, noisowe rapy zza granicy, bo nazwa kojarzyła mi się z Death Grips, a to w końcu rapowy festiwal. Na scenie zasiadła dwójka muzyków – na syntezatorach wyglądający trochę nerdowsko nieduży czarny koleś w okularach, a naprzeciwko, na wiolonczeli (!) i klawiszach elegancka pani z klasyczną wibracją. Ciekawość rosła. Potem się zaczęło. Nie były to rapy, ale jak najbardziej noise. Zgrzytliwy, przejmujący, rozpaczliwy, dezintegrujący. Znowu od basu, tym razem bardziej rozlanego niż precyzyjnego, jak przy Piernikowskim, trzęsła się cała sala, a wysokie częstotliwości świdrowały czaszkę. Zgodnie z nazwą projektu w chwilach kulminacyjnych mogłem poczuć, jak rozpadają się moje wewnętrzne struktury. Tym razem głośności udało się zatrzymać tuż poniżej progu bólu, więc mogłem dać się ponieść i rozpuścić w tysiącu rozdygotanych częstotliwości. Ciekawy prezent na koniec festiwalu. Po fakcie dowiedziałem się w końcu, że dwójka tworząca projekt nazywa się Aho Ssan oraz Resina.

Epilog
Z transu wyrwała mnie świadomość, że już dużo czasu minęło, a przecież na głównej scenie miał się już dawno zacząć koncert headlinera – Conway the Machine z nowojorskiej Griseldy. Główna scena miała duże opóźnienie tego dnia, więc nie panikowałem, ale jednak, zachęcony Lordem Apexem z dnia poprzedniego, zależało mi, aby zobaczyć ten koncert w całości. Pożegnałem się z rozdzierającym dźwiękiem Ego Death i ruszyłem na maina do B90.
Wchodzę i słyszę, że się dzieje. Leci energiczny bit, mocna nawijka, ale coś mi nie pasuje, coś mi się kojarzy w sposób, którego się w ogóle nie spodziewałem. Nie brzmi to nowojorsko. Nie brzmi to na język angielski. Brzmi to jak “Usłysz mój głos”. Kaliber 44? WTF? Fale rozczarowania przebiegły przez mój organizm uwypuklając całe zmęczenie nagromadzone przez te dwa dni. Minęła mnie informacja o tym, że Conway odwalił lipę i z jakichś powodów nie przyjechał, a na jego miejsce kryzysowo wrzucili Kalibra. I żeby nie było. Nie mam absolutnie nic do chłopaków. Absolutne legendy, fundament alternatywnego rapu w Polsce, pierwszy hip-hop jakiego w życiu słuchałem z zajawką i nie wątpię, że dali z siebie wszystko na scenie. Ale kontrast między moimi oczekiwaniami, a nagłym uderzeniem rzeczywistości był tak duży, że powiedziałem pas i zawinąłem się do domu na zasłużony odpoczynek.
I taki był festiwal 3Era dla mnie. Nie miałem aż takiej ekscytacji, jak rok temu. Pojawiły się wątpliwości, zwłaszcza drugiego dnia. Nie jest to zdecydowanie mój ulubiony festiwal. Ale cóż, sumując doświadczenia, dalej mogę stwierdzić, że te pozytywne zdecydowanie przeważają i za rok pewnie znowu się wybiorę. Obawiam się tylko tego, że to co mnie jara w rapie, co roku będzie tym samym i pod koniec sezonu wakacyjnego będzie tylko powtórką w skondensowanym, zatłoczonym i drogim wydaniu. Że będzie coraz mniej zaskoczeń i odkryć, a to dla mnie jest siłą takich wydarzeń. Cenę winduje niestety mainstream, który jest w moim odczuciu dosyć tandetny. Gwiazdy hardcore’owego trapu z pogranicza podziemia zbyt często olewają jakość występu, puszczają swoje kawałki w całości i coś tam sobie pokrzykują na scenie. A jak już ktoś faktycznie nawija, to dźwiękowcy nie ogarniają bazy i go nie słychać. Gdyby to był koncert życzeń, to pchałbym ten festiwal jeszcze bardziej w stronę alternatywy i zagranicy. W Europie i na świecie pewnie jest jeszcze dużo Tonf i 88siemów, których sprowadzenie nie kosztowałoby fortuny, a odkrywanie byłoby zajebistą zabawą. No ale nie jest to koncert życzeń i 3Era raczej zostanie przede wszystkim przeglądem krajowego rapu od brudnego podziemia po plastikowe szczyty i to też jest chyba ok. Tylko czy dzieje się tam wystarczająco dużo, aby nie popaść w monotonię? Zobaczymy.
Koniec
