W weekend odbył się 3 Era festiwal – edycja trzecia. Pierwsza mnie ominęła, po drugiej wpisałem sobie tę imprezę na stałe w grafik jako muzyczny must have końcówki wakacji. Jak jest po trzeciej? Status raczej podtrzymany, aczkolwiek tym razem nie obyło się bez wątpliwości.
Festiwal trwał po raz pierwszy dwa dni zamiast jednego i ten pierwszy faktycznie przebiegł w podobnym stężeniu zajebistości, co rok temu. To znaczy, że prawie od początku koncert za koncertem okazywał się być takim bengierem, że nie pozwalał opuścić sali do samego końca, gdzie potem nie pozostawało nic innego, jak tylko biegiem udać się na kolejną scenę. I tak znowu do prawie samego końca.
Miły ATZ
Pierwszy koncert był jeszcze rozgrzewkowy. Dużą scenę w B90 otwierał Miły ATZ, którego jak najbardziej szanuję, ale to nigdy nie były do końca moje klimaty. Po Czarnym Swingu już zupełnie straciłem zainteresowanie, którego ten koncert nie odbudował. Za bardzo to melanżowe, skupione na czystej “jechance”, zbyt powierzchowne pod kontem tekstów i klimatu. Za to technicznie Miły nigdy nie zawodził i nie zawodzi nadal, więc nie bez przyjemności spędziłem te 40 minut podziwiając nienaganną nawijkę dość skomplikowanych rytmicznie tekstów pod tłuste, grime’owe podkłady. Profesjonalne podejście szczególnie doceniam mając już za sobą również drugi dzień festiwalu, ale o tym później.
donGURALesko
Po Miłym główną scenę przejął Gural i wtedy festiwal faktycznie się dla mnie rozpoczął. Ten człowiek orbitował swoimi kawałkami dookoła mnie, odkąd pamiętam. Jeszcze długo zanim na poważnie zainteresowałem się rapem, już bujałem się do “Betonowe lasy mokną”. A jako że pracowity z niego El Polako i nowe albumy wychodzą praktycznie rok w rok (czasem może to jednak trochę za często), to jakieś świeżynki z każdego zawsze gdzieś tam w ucho wpadną, czasami odpalając na dłuższy czas konkretną zajawę. No legenda, wiadomo, a ja jeszcze nigdy nie doświadczyłem go na żywo. Nie z powodu braku chęci, ale rzeczywistość jakoś nigdy nie sprzyjała. Rok temu w tym samym czasie salkę rozpierdalała Tonfa, więc wybór był prosty. Potem musiałem być na jakimś szkoleniu i takie tam.
Tym razem nie było żadnej konkurencji i całe szczęście. Weteran wszedł na scenę i przejechał po niej swoim muzycznym walcem. Ociekający hip-hopową charyzmą dał topowy performance pod bezlitośnie bujające, miażdżące basiorem biciory. Wszystkie czynniki się idealnie zgrały – DGE był w świetnej formie, na zajawce, a do tego trzeźwy (taką postawę zawsze warto promować w hip-hopie), nagłośnienie idealne (co potem niestety wcale nie było oczywistością), publika rozgrzana i liczna. Dwie rzeczy, które mnie najbardziej uderzyły, to już wspomniana charyzma – Gural to po prostu sceniczne zwierzę ze stalową przeponą, który swoją pewnością siebie nie pozwala mieć żadnych wątpliwości, kto tu jest OG raperem. Pewnie takie zdanie nie przystoi, ale co poradzę, że w głowie huczała mi też cały czas teza o tym, że jest to zdecydowanie najczarniejszy murzyn na całej polskiej hip-hopowej scenie i to potężny komplement.
Druga kwestia jest o tyle ważniejsza, że dla mnie osobiście odkrywcza i twórczo inspirująca. W początkowej fazie koncertu Gural z typową dla siebie swadą zaczął zachwalać swoje bity przekonując, że mimo świetnych artystów na festiwalu już bardziej „dojebanych” bitów nie usłyszymy. Po czym dodał, że, mimo że większość z nich to proste pętle, to właśnie „kręcą jak walec”. Może z pierwszą częścią wypowiedzi bym polemizował (ale to już kwestia gustu), to z drugą zgadzam się w całej rozciągłości. Minimalizm w muzyce, transowa powtarzalność, bujająca dosadność, to kwestie, które koniecznie muszę jeszcze odkryć w swoim procesie twórczym.
