W Pewnym Sensie

3Era Festival – Relacja

Piernikowski 

No dobra. Nie ujmując nic Tonfie, tak naprawdę to na Piernikowskiego czekałem ten “cały, pierdolony dzień”, a nawet cały festiwal. A to dlatego, że, jak już wspominałem, większość dobrych koncertów na 3Erze były w wykonaniu artystów, których już bardzo dobrze znałem w scenicznych odsłonach, za to Piernikowskiego nie miałem okazji zobaczyć nigdy. Niestety, moja muzyczna świadomość była jeszcze zbyt niedojrzała, aby załapać się na fenomen Synów – początki rozumienia z jaką jakością mam do czynienia przypadły mi mniej więcej na ostatni miesiąc funkcjonowania tego legendarnego duetu. Podwójne niestety, ponieważ po ich rozpadzie moja uwaga zatrzymała się przede wszystkim na poczynaniach 88 i solowe LP od Piernikowskiego znowu przeleciało mi pod radarem, a to świetna płyta. W końcu w tym roku coś mnie tknęło i najnowsze dzieło “Beyond Echo of Time” trafiło do moich słuchawek, aby porwać mnie w instrumentalną podróż na pełny czas trwania płyty i to wielokrotnie. Dlatego, kiedy ujawnił się pełny line-up 3Ery, to właśnie to nazwisko wybiło mi się najjaśniej obiecując upragnione nadrobienie tak znaczącego braku w moim muzycznym pejzażu miejskiego tętna. 

Czy duże oczekiwania zostały spełnione? Trochę tak, trochę nie, ale też ostatecznie nie byłem pewny, czego się spodziewałem. Na pewno nie było źle. Zakapturzony Piernikowski stojący za swoją konsoletą w gęstych oparach dymu i rozproszonym świetle wyglądał jak kapłan przeprowadzający misterium basu. No właśnie – bas! To chyba najbardziej mnie zaskoczyło. Nie mam w domu żadnego, nie wiadomo jak potężnego systemu odsłuchu, a dużo muzyki doświadczam na zwyklackich słuchawkach dousznych, więc nie wiadomo jakiego dołu doświadczyć na co dzień nie jestem w stanie. Muzyka Piernikowskiego z ostatniej płyty, mimo bogactwa we wszystkich partiach częstotliwości, nie sprawiła na mnie wrażenia szczególnie basocentrycznej, tak jak chociażby dokonania drugiego z Synów, czyli 2K88. A na koncercie, w momencie uderzenia pierwszej dolnej partii po klimatycznym intro prawie mnie zmiotło spod sceny. I to się nie kończyło. W absolutnie każdym utworze to właśnie partie basu były wysunięte na sam przód i tak bardzo podkręcone, że odebrałem ten materiał z zupełnie innej perspektywy niż w domowych warunkach. I nie powiem, robiło to na mnie wrażenie. Lubię jak mi się flaki trzęsą, ale w tym wypadku dotarło to już do pewnej granicy, przy której zastanowiłem się, czy na pewno nie dzieje mi się krzywda. No i to było niestety ziarno dysonansu, bo nie potrafiłem się do końca zanurzyć i wpaść w trans, kiedy nachodziły mnie intruzywne myśli o tym, że czas najwyższy zadbać o uszy i zaopatrzyć się w jakieś dedykowane koncertom zatyczki. No ale w tym momencie ich nie miałem, więc najpierw ratowałem się bluzą z kapturem mimo ukropu panującego na salce. Kiedy już nie mogłem wytrzymać z gorąca i duchoty zamiast bluzy wcisnąłem sobie w uszy zawiniątka z papieru toaletowego, co nie było zbyt wygodne, ale chociaż trochę mnie chroniło. W końcu i tak musiałem na chwilę uciec z sali, żeby odetchnąć. Po powrocie powoli skracałem dystans pozwalając ciału się zaadaptować, aż nagle koncert się gwałtownie zakończył.  

No i pozostaje we mnie trochę pytań o sensowność takiego poziomu głośności. Już kiedyś tego doświadczyłem na jakiejś dubowej imprezie, co wtedy wydało mi się wręcz absurdalne i jednoznacznie warte krytyki, a teraz Piernikowski? Wyobrażam sobie, że na jego koncerty mogą akurat przychodzić ludzie z bardziej alternatywnych niż hardcore’owych środowisk, niegotowi na taki łomot, co w dalszej kolejności może raczej odstraszyć potencjalnych fanów. No ale może tak właśnie ma być i może to już faktycznie powinno być standardem, aby zbroić się w zatyczki na koncerty i po prostu było mi to potrzebne, aby ostatecznie to sobie uświadomić. Tym bardziej, że zbliża się Unsound. 

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9


Opublikowano

w

przez

Tagi: