W Pewnym Sensie

3Era Festival – Relacja

Tonfa 

Nie potrafię w pełni wyrazić szacunku jaki mam do chłopaków z Tonfy, która jest wiodącą (przynajmniej jeżeli chodzi o popularność) formacją tej gałęzi rapowego warszawskiego podziemia, do której zaliczam jeszcze Bartusia 419, Krenza i Mosa Tech (wszyscy wielcy). Nie powiem, że to najlepsza muzyka na świecie, ale niewątpliwie cechuje ją pewien poziom wizjonerstwa, który przede wszystkim objawia się na koncertach. W zasadzie projekty sprzed ostatniej Trzeciej Szyny w moim odczuciu mało sprzyjały odsłuchom “od deski do deski” lub nawet jaraniu się jakimiś poszczególnymi kawałkami, za to, odkąd pamiętam, na koncertach był ogień, którego próżno mi było szukać gdziekolwiek indziej.  Wręcz noisowe natężenie dźwięków, kreatywne wykorzystywanie efektów wokalnych, żywa perkusja, brudny, gobliński sznyt składały się na prawdziwy rozpierdol, ale taki awangardowy, artystyczny. Do tego urocza osobowość całego składu okraszała to wszystko spontaniczną lekkością i humorem bez grama fałszywej napinki.  

Koncert na 3Erze był już moim czwartym koncertem Tonfy w tym roku i jak dotąd tendencja była cały czas wzrostowa. Jakimś cudem, mimo tego samego materiału, udawało się cały czas wyciągać jakąś nową jakość. Czyli oczekiwania były wysokie, zwłaszcza biorąc pod uwagę dotychczasowy brak satysfakcji drugim dniem festiwalu. Zaczęło się od nakręcającego na koncert performance’u Bartusia 419, a nikt w scenicznym spektaklu nie jest lepszy od niego. Rok temu podskakując w jedwabistym szlafroku prowokował publikę pokazując im faki ze sceny, krzycząc, że Tonfy nie będzie i żebyśmy spierdalali. Tym razem stawka musiała podskoczyć, bo całe intro było już odpowiednio brudno-podziemno-rapowe. Niezatapialny dj Zeten miksował najcięższe rapowe gówno, a Bartuś w groźnym wydaniu, ubrany na czarno, z ręcznikiem na głowie, darł się z całych sił insynuując, że “na to czekaliśmy cały, pierdolony dzień”. Akurat w moim przypadku była to prawda. 

Przeciąganie struny trwało jeszcze chwilę, ale w końcu pękła i po chwili napiętej ciszy rozebrzmiały pierwsze dźwięki “Nowej ery”, aby za moment wybuchnąć wokalem Kierata na zwrotce. I chuj, ledwo chłopa słychać, mikrofon jest ustawiony zbyt cicho. Nosz kurwa! I widzę, jak biedak z całej siły zdziera gardło do tego mikrofonu, ale ledwo przebija się przez bit. No lipa, ale myślę, że na pewno dźwiękowcy zaraz to naprawią. W końcu Tonfa to tylko dwóch wokalistów i nie cisną na ciągłych podbitkach. Nie naprawili. Przez cały koncert trwała rozpaczliwa walka Kierata z mikrofonem na pół gwizdka. Najgorsze jest to, że on sam trzy razy prosił o więcej odsłuchu, bo najwyraźniej także siebie nie słyszał. Ja darłem się między kawałkami z całych sił, aby go podgłośnić i później dowiedziałem się, że ludzie podchodzili nawet do samych dźwiękowców suszyć im głowy, ale byli odporni. Jak dla mnie to skandal i już szkoda nawet strzępić ryja na takie podejście. 

Jedyny powiedzmy, że plus tej sytuacji jest taki, że był to mój pierwszy koncert Tonfy, gdzie wokalnie to Karuzelka grał pierwsze skrzypce. Kierat ma zdecydowanie mocniejszy głos i mimo mniej wyrafinowanego flow, na koncertach swoją energią zawsze kradł show. Teraz upośledzony złą wolą realizatorów siłą rzeczy musiał się skupić przede wszystkim na wyduszaniu ze swojego organizmu ekstra decybelów kosztem finezji, co czyniło jego występ dosyć topornym. Karuzelkę było za to słychać doskonale, więc zajął miejsce lidera, skupił uwagę na sobie i udźwignął temat. Jego bity, jego patenty, jego flow – wszystko w nawijanych przez niego partiach na tym koncercie było tak klarowne, że nie pozostawiało miejsca na wątpliwości, że faktycznie “nie robi tego, czego by nie umiał”,  

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9


Opublikowano

w

przez

Tagi: