Drugi dzień festiwalu
Nadszedł czas by trochę ponarzekać. Pierwszego dnia poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko, więc oczekiwania były spore, mimo tego, że już po samym line-upie widziałem, że brakuje aż takich pewniaków. Z drugiej strony to też mogła być siła drugiego dnia, bo od zajebistego koncertu lepszy jest tylko zajebisty koncert, którego się nie spodziewało. Moc nowych odkryć. Pierwszego dnia w większości doskonale wiedziałem na co idę, niejednokrotnie bawiąc się na artystach, których widziałem już niejednokrotnie, nawet w tym roku. W zasadzie tylko Gural był dla mnie koncertowym odkryciem, no i Lord Apex oczywiście, ale to bardziej ciekawostka, bo na co dzień wsłuchuję się raczej w polskie rapy. Dnia drugiego część ksywek co najwyżej budziła jakieś skojarzenia i dopiero o 20:45 Tonfa jaśniała doskonale już znaną jakością.
Zaczęło się w każdym razie od zespołu Lasy i ten akurat również już znałem. Tylko to nie hip-hop, a awangardowa elektro siekanka w wysokim tempie, akompaniowana przez szaloną, żywą perkusję. Dobre na rozgrzewkę, aczkolwiek robiące lepsze wrażenie w donioślejszym anturażu – na dużej scenie, w ciemności i intensywnym oświetleniu.
Następnie zaczął grać Młody Leszcz i tutaj miałem duże nadzieje, bo kojarzyła mi się ta postać z jakimś artystycznym undergroundem, a nigdy się z jego muzyką nie zapoznałem. Zrobiłem to dopiero z tej okazji i muszę przyznać, że albumu sprzed dwóch lat słuchało się całkiem dobrze. Dodatkowa ekscytacja ogarnęła mną, jak zobaczyłem, że chłopak rozkłada się z całym live bandem, a jestem wielkim fanem mieszania żywych instrumentów z rapem.
Zaczęło się z bardzo punkowym sznytem, dużą wokalną energią i antysystemowymi hasłami na ustach. Fajne! Potem niestety tempo dostało w kość przez techniczne problemy po stronie zespołu – perkusista czegoś nie słyszał, ale cóż takie życie i tylko trzymałem kciuki, aby szybko przez to przebrnęli, bo nic nie jest bardziej stresujące niż próba dojścia do tego, który kabel przerywa lub jakie ustawienie się przestawiło, kiedy czeka przed tobą publika. W końcu zdecydowali się kontynuować i ja też kontynuowałem swoje podrygi, ale coś mi się wibracja zaczęła niestety rozjeżdżać. Od razu zaznaczam, że nie postrzegam tego absolutnie w kategoriach jakości wykonania czy wartości artystycznej, bo chłopak zdecydowanie się starał i czuł swoją muzę, ale chyba po prostu nie byłem do końca targetem. Praktycznie cała warstwa muzyczna była punkowa i brakowało mi klimatycznych bitów, które słyszałem na ostatnim długogrającym projekcie Młodego Leszcza. Cóż najwyraźniej w tę stronę poszły jego zainteresowania muzyczne i to zupełnie w porządku, ale no nie bujało to mną. Warstwa liryczna też okazała się być bardzo “młodzieżowa” w czasem uroczy, czasem naiwny sposób i tu też zacząłem się trochę odklejać. Za dużo o miłości, za mało pazura. Stwierdziłem, że zerknę, co się dzieje na innych scenach.
Na dużej była duża obsuwa i ciągle, na najbardziej chamskim autotune, wył Waima – to już zdecydowanie zbyt młodzieżowe (o ile nie dziecinne) i cukierkowe. Na małej Mati Szert, którego kojarzyłem z Rulety 88. Nawijał w porządku, ale nic mnie szczególnie nie porwało. Czekałem na Yung Adisza z zaciekawieniem, bo kojarzyłem, że to jakaś już trochę kultowa postać trapowego podziemia uprawiająca cięższą, bardziej hardcorową odmianę tego gatunku. Rozgrzewka dja przed samym koncertem faktycznie zapowiadała tzw. ciężkie gówno, ale potem na scenę wyszedł artysta i balonik został przekuty w typowy dla młodej, syntetycznej sceny sposób. Zmęczony destrukcyjnym stylem życia chłop, który ledwo trzyma się na nogach i jakimś rozpaczliwym krzykiem podbija własne teksty lecące oczywiście z playbacku. Na swoje usprawiedliwienie wyjaśnił, że dopadła go bezsenność i nie spał od tygodnia. No grubo. Słysząc takie rzeczy zaczynam obawiać się, czy nie będzie trzeba wzywać karetki w trakcie koncertu, kiedy kolejna wykrzyczana podbitka o braniu oxycodonu, czy innego gówna, przekroczy próg wytrzymałości serca. Nie chcąc brać udziału w tym smutnym wydarzeniu czym prędzej opuściłem salę.
Zamykając wątek Adisza wspomnę jeszcze o zajściu, które miało miejsce na festiwalu. Nie byłem jego bezpośrednim świadkiem, ale myślę, że warto otwarcie mówić i potępiać takie zachowania. Tydzień bez snu i koncert najwyraźniej nie osłabiły go na tyle, aby stępić wolę zadymy i doszło do fizycznej konfrontacji kontynuującej jakiś beef pomiędzy Adiszem a niejakim Młodym Kordenem, który występował później. Jak rozumiem to Adisz razem ze swoją ekipą zaatakowali Kordena na festiwalu, użyli również gazu pieprzowego i musieli być przez ochronę wyrzuceni z wydarzenia. Po wszystkim Adisz jeszcze obficie rzucał się do “wroga” na swoim instagramie jasno dając do zrozumienia, że wręcz cieszy się z zajścia. Nie da się tego nazwać inaczej jak patologią najwyższego rzędu, godną potępienia. Ktoś cię zaprasza na zajebistą imprezę, a ty atakujesz drugiego gościa. Wstyd. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że w branży takie incydenty się rozchodzą i Yung Adisz przez dłuższy czas nie zobaczy żadnych wysoko profilowych zaproszeń.
