W Pewnym Sensie

3Era Festival – Relacja

JWP 

Następni w kolejce klasyczni Jaśnie Wielmożni Panowie. Byłem ciekawy tego koncertu, mimo że wielkim fanem nazwać się nie mogę, ale lubię parę kawałków, doceniam historyczny wkład w scenę, Łajzol ma dobre flow, a po koncercie Straty spodziewałem się, że Kosi będzie miał odpalony god mode.  

No i faktycznie zaczęło się z pompą, cały skład wydawał się dobrze nakręcony, kawałki bujające, ale coś jednak było nie do końca w porządku. W znaki dały się techniczne trudności, które staną się stałym zarzutem w opisach drugiego dnia festiwalu. Chodzi mianowicie o wielką, frustrującą zagadkę pod tytułem: „Co słyszą dźwiękowcy i dlaczego nic z tym nie robią?”. Nie wiem, nie jestem inżynierem dźwięku, nie znam się na technikaliach, ale mam pewne wyobrażenie na temat tego, jak koncert hip-hopowy powinien brzmieć i fantazję o tym, że ustawienie tego powinno być generalnie prostsze niż balansowanie zespołów instrumentalnych.  

Oto jak widzę całą sytuację: 3Era to festiwal stricte rapowy o wysokim profilu tzn. skupiający największe gwiazdy polskiego mainstreamu i podziemia, organizowany w prestiżowym miejscu dysponującym zaawansowanym sprzętem nagłaśniającym. Na koncercie rapowym najważniejszy jest rap, więc priorytetem powinno być to, aby ten rap był dobrze słyszalny i wyraźny na tle bitu. Tymczasem trwa koncert JWP i dobrze słyszę Łajzola, Ero i Siwersa średnio, a biedny Kosi, który z całą swoją energią wręcz drze się do mikrofonu, jest praktycznie niesłyszalny. Za to panowie ciągle się podbijają i wtedy poziom głośności sumuje się tak bardzo, że zagłusza bit i po prostu boli w uszy. No i ja się pytam, jakim cudem realizatorzy przez cały koncert siedzą przed tymi swoimi wielgachnymi konsolami z milionem pokręteł i palcem nie tkną, aby spróbować te poziomy jakoś wyrównać? Jedyny pomysł, który przychodzi mi do głowy, to właśnie opieranie występu na podbitkach, które, jeśli zsumują 4 dobrze nagłośnione wokale, to jasnym jest, że polecą 4 razy za głośno. Tylko, że nawet będąc zupełnym amatorem produkcji jestem świadomy narzędzia o nazwie kompresor, który zapięty na sumę wokali powinien ten efekt bezboleśnie zredukować. Najwyraźniej profesjonalni realizatorzy z elektryków tej świadomości nie mają. 

Wracając do samego JWP miałem jeszcze bawiące mnie skojarzenie z wczesną twórczością macierzystego MetaGængu. Chodzi o to urocze, oldschoolowe podejście, które ignoruje potrzebę jakiegokolwiek aranżu w utworze. Jest pętla bitu, która buja? Jest cała ekipa nawijaczy? No to pętle się przedłuża, ile trzeba i całość leci refren-zwrotka-refren-zwrotka-refren-zwrotka-refren… i tak aż do wyczerpania barsów. Czego chcieć więcej od hip-hopu?  

Lord Apex 

No i tak dochodzimy do finału pierwszego dnia – specjalnego gościa zza granicy. Niejaki Lord Apex z Londynu. Nie wiedziałem o nim kompletnie nic, ale byłem bardzo ciekawy, bo jeszcze nigdy nie miałem okazji być na koncercie jakiegokolwiek rapera z innego kraju i to czarnego w dodatku. Może ciekawość wynikająca z odmiennego koloru skóry wykonawcy nieszczególnie przystoi, ale co tu ukrywać, że dla mnie to jednak wciąż egzotyka i to odwołująca się do korzeni gatunku, którego polską gałąź dane mi było polubić.  

No i pykło. Energiczny młodzian z Londynu dostarczył mi występ realnie odmienny od czegokolwiek, co widziałem na rodzimym podwórku. Totalnie wyluzowany, spontaniczny, rzucał z wielką swadą nieregularnie poukładane na bicie wersy, posługując się tak kosmicznym akcentem, że nawet jak między kawałkami mówił coś do publiki, to nie rozumiałem ani słowa. Po prostu krzyczałem w odpowiedzi robiąc mityczny “hałas”, aby jak najwyraźniej dać znać, że energia występu do mnie trafia i ją doceniam. Nawet pomimo używania mojego znienawidzonego playbacku. Backing vocal owszem leciał, ale faktycznie był “backing”, o spokojnym tonie i niskiej barwie i nie było wątpliwości, że głównym źródłem wokalnej energii pozostaje żywy człowiek, który energicznie wypluwał na to krzykliwą, wysoką i ostrą wersję tych samych linijek. I był to istny młyn zagęszczonych sylab wypluwanych z mocą karabinu maszynowego. Mimo odczuwalnego wykończenia długim dniem i zalewem bodźców, udało się Apexowi rozbudzić moje rezerwy do stopnia, w którym nawet wskoczenie w pogo okazało się wciąż możliwe. Zwłaszcza, że w jego centrum skakał właśnie Apex niezłomnie, mimo nacierających na niego z każdej strony ciał, wykrzykując kolejne wersy. Dziękuję! 

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9


Opublikowano

w

przez

Tagi: