W Pewnym Sensie

3Era Festival – Relacja

Belmondawg & EXPO2000 

Po Guralu główną scenę przejął młody Gdynianin, który z jednej strony koncertowo jeszcze nigdy mnie nie zawiódł (a był to już mój czwarty raz na jego koncercie), a z drugiej zawsze wzbudza dreszcz niepewności swoją życiową niestabilnością. No i faktycznie tym razem uczucia miałem mieszane, chociaż złym występem tego nie nazwę. Po prostu po poprzedniku poprzeczka została zawieszona mega wysoko i w porównaniu wypadło dosyć blado. 

Po pierwsze w kontraście do naturalnego luzu, spontaniczności i pewności siebie Dziadziora, poza Belmonda, która poprzednimi razami jak najbardziej robiła na mnie wrażenie, tym razem wydała się sztywna, kreowana na siłę, a przez to sztuczna. Od samego początku G był postacią bardzo teatralną, ale widząc ten sam spektakl po raz czwarty w końcu zaczynam się nudzić i dostrzegać niedociągnięcia.  

Powtarzalność jest dla mnie największym problemem. Od genialnego „Hustle as usual” nie było (w moim odczuciu) żadnego wydawniczego kroku w przód. Wszystkie luźne numery dalej cechowały się wyjątkowym dla Belmondziaka urokiem, ale muzycznie stały w miejscu (nie ujmując nic Expo, bo akurat to on teraz ciągnie POPPYN wysoko do góry). Tak więc na koncercie większość numerów była ta sama jak poprzednio, zagrana w ten sam sposób, z identycznymi wstępami, odzywkami i okrzykami pomiędzy. Ten performance stracił już swoją moc, a brak spontaniczności i żywego kontaktu z publiką zabiera mu jakiekolwiek pole do ewolucji. 

Powietrze jeszcze bardziej uleciało, kiedy w końcu zostało zagrane coś nowego – “A Mili MIli” z nowej, producenckiej płyty EXPO2000 z udziałem Belmondo i Liroya. Najpierw ekscytacja z usłyszenia tego tłustego bitu, a zaraz potem zawód tym, że Gdynianin nie odrobił pracy domowej i nie nauczył się wystarczająco dobrze tekstu. Wokal stracił całą pewność siebie dalej podkopywaną przez liczne pomyłki i ratowanie się backing wokalem, żeby mieć szanse powrotu na właściwe tory. No ale potem nagle na scenie pojawił się sam Liroy we własnej osobie, aby odegrać swoją część. I faktycznie adrenalina skoczyła, bo wleciał na pełnej i dobrze było zobaczyć kolejną legendę sceny. Tylko po dwóch zdaniach i Liroy zapomniał tekstu. Trochę nie czaję, jak można mieć przed sobą taki występ i nie nauczyć się dwóch krótkich zwrotek.  

Energia zaczęła niebezpiecznie opadać dając miejsce zakłopotaniu na widok dwóch prominentnych raperów gubiących słowa takie jak “Liroy nadal OG”. Jakoś udało się dotrwać do końca, tylko po to, żeby poleciał kolejny wspólny kawałek “Kto by pomyślał?” wychwalający dostęp do medycznej marihuany. Śmiem twierdzić, że ktoś perfidny mógłby użyć tego występu jako antyreklamy ziółka, powołując się na wyraźne zaniki pamięci obu ambasadorów mocnego bucha. 

Jęknąłem wewnętrznie spodziewając się dalszego pikowania w dół, kiedy Liroy stwierdził, że skoro już jest na scenie, to może zagra coś jeszcze. Przeszła mi przez głowę nawet myśl o ucieczce na koncert Asthmy, ale na szczęście nie zdążyłem jej zrealizować. Poleciał ostry, charakterny gitarowy riff i scyzoryk wleciał na pełnej. Tutaj nie było problemu ani z pamięcią, ani charyzmą. Czysta rozwałka wprost z lat 90tych i dalej robi robotę. Bycie świadkiem scyzoryka na żywo umieszczam sobie jako gwiazdkę w paszporcie rapowej zajawki. 

Wrażenie było na tyle dobre, że aby nie ryzykować jego zepsucia, czym prędzej opuściłem koncert zanim Belmondawg z powrotem chwycił za stery. 

Skrubol & Jupijej 

G bros to dla mnie pewniaki w dostarczaniu żywej hip-hopowej energii na koncertach. Nawet jeżeli nie wszystko do końca styka w realizacji, nie wszystkie utwory trafiają w mój gust, a odzywki Skrubola adresowane do “panienek” potrafią wywołać mimowolny zgrzyt zębów, to bracia G w swoim hip-hopowym żywiole zawsze poruszają się ze 100 procentowym zaangażowaniem i nie sposób tego nie docenić. Ich ostatnia wydana płyta – właśnie “G-Bros”, świadczy o stałym rozwoju rzemiosła i artyzmu, a koncert na festiwalu Spokój totalnie zaskoczył mnie swoim profesjonalizmem, więc wybór był prosty (chociaż może odrobinę żałuję, że nie zajrzałem nawet na chwilę na koncert Asthmy, ale akurat od niego się trochę odbiłem po nieudanym występie na zeszłorocznym Spokoju). 

No więc było po prostu dobrze. Koncert na Spokoju nie został przebity, ale jak dla mnie to reguła, że tam działa jakaś magia i koncerty są zazwyczaj najlepsze w dorobku artystów (może poza biednym Asthmą – trzeba było tyle nie pić!). Tutaj na niekorzyść działała najmniejsza i najmniej klimatyczna scena na festiwalowym podwórku oraz niezbyt liczna publika. No i co z tego. Skrubol i Jupijej dowieźli tyle, ile się dało, bawiłem się dobrze i nawet czuję się osobiście odpowiedzialny za sukces Skrubolowego stage divingu (fajnie być dużym), który istotnie zwiększa czynnik funu.

W międzyczasie zajrzałem jeszcze na koncert Kajzera, który mnie ciekawił, ale jego styl rapowania, który określiłbym “żałobnym”, był zbyt zaraźliwy, aby ryzykować swój przedwczesny pogrzeb na muzycznym festiwalu. 

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9


Opublikowano

w

przez

Tagi: