W Pewnym Sensie

OPOWIEŚĆ O FACECIE IDĄCYM PRZEZ LAS

            Zamiast tego zrobiło się jeszcze gorzej, bo rozpoczęły się tereny wycinki i otoczenie stało się po prostu brzydkie i odpychające. Ścieżka pokryła się wyjeżdżonymi przez wielkie koła rowami, w których zbierały się błotniste kałuże, a na poboczach co rusz pięły się w górę stosy ściętego drewna. Wolne przestrzenie między drzewami zawalone były hałdami trocin i gałęzi spod których wyłaniały się smutne kikuty spiłowanych pniaków. Starałem się szukać jasnych stron przynajmniej w tym, że tutaj już na sto procent nie będą się błąkały żadne misie. Po czym usłyszałem dobiegające gdzieś z oddali szczekanie psów.

No tak, strach przed niedźwiedziami mogłem sobie dowolnie racjonalizować i gdzieś w głębi wierzyłem, że tak naprawdę nic mi nie grozi, bo tych zwierząt jest po prostu bardzo mało i instynktownie unikają one ludzi. Z psami sytuacja jest zupełnie odwrotna i nagle zacząłem żałować, że nie rozbiłem się głębiej w lesie. Na szczęście owe szczekanie dochodziło naprawdę z daleka i chyba nie było możliwe, aby było skierowane w moją stronę. Ale kolejne warstwy lęków zostały zaktywowane i już nie mogłem wyrzucić ze swojej głowy wyobrażenia biegnącej w moją stronę sfory.

Spięty jak struna toczyłem intensywny wewnętrzny dialog, gdzie uspokajałem się ze wszystkich sił stwierdzeniami w stylu „na pewno się nic nie stanie”, „szczekanie dobiegało z daleka”, „wszystkie psy są przecież trzymane za ogrodzeniem”. Przerwało mi dopiero wyłonienie się olbrzymiego, czarnego cielska w srebrnej, metalowej obroży zza kolejnej hałdy drewna. Nasze spojrzenia na krótko się spotkały, po czym szlak uraczył mnie najlepszym możliwym prezentem i natychmiastowo skręcił w dokładnie przeciwną psu stronę. Moja głowa wypełniła się na chwilę absolutną pustką, a nogi przyspieszyły na tyle, na ile było to możliwe bez popadnięcia w bieg. Nie stało się nic. Za mną rozlegała się absolutna cisza, w której rozbrzmiewały jedynie moje nerwowe kroki. Żadnego szczeknięcia, żadnego warczenia. Przeszło mi przez głowę, że może tylko mi się coś wydawało, że mój zmęczony, obolały mózg zmaterializował w ciemnościach swoje lęki w formie halucynacji, ale w życiu nie odważyłbym się odwrócić głowy za siebie, aby to sprawdzić.

            Kiedy już odzyskałem na tyle władzy w ciele, aby zrobić cokolwiek innego niż w pełnym spięciu przeć przed siebie, sięgnąłem do kieszeni plecaka, gdzie miałem schowany nóż. Domyślam się, że to raczej kretyńskie nastawienie względem ewentualnej konfrontacji z jakimś zwierzęciem, ale wolałem przynajmniej złudzenie posiadania środków obrony. Niestety w pakiecie przyszła jedna z najokropniejszych wizji, jakimi uraczyłem w życiu swoją świadomość, w której jakiś bezpański, przerośnięty kundel szarpie moje udo w okolicach pachwiny, a ja zadaję mu w szyję razy swoim scyzorykiem do krojenia chleba. Wzdrygnąłem się z obrzydzeniem i postarałem skupić z powrotem na narzekaniu na ból głowy, bo nawet to wydawało się w tym momencie bardziej atrakcyjne.

<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36


Opublikowano

w

przez