
- Przedlesie
Już od kilku lat miałem z tyłu głowy chęć, aby spróbować samotnej podróży. Wyobrażałem sobie, że mogłoby to być potencjalnie bardzo głębokie doświadczenie, dające przestrzeń na intensywną introspekcję, lepsze poznanie samego siebie, niezakłóconą medytację i dostęp do świata snów. Wymarzyłem sobie w tym celu główny szlak beskidzki, który ciągnie się przez 500 km od Beskidu Śląskiego aż do Bieszczad. Nic tylko spakować plecak, ruszyć na szlak, rozbijać się namiotem zaraz przed zmrokiem, wstawać zaraz po świcie i iść dalej. Ta romantyczna wizja w końcu doczekała się realizacji, kiedy epidemia zablokowała wszystkie możliwości zagraniczne, niewykorzystany urlop nabrzmiał do nieprzyzwoitych rozmiarów, a żadni znajomi ani dziewczyna nie wykazali dyspozycji do wspólnych wojaży.
Wybrałem tydzień urlopu i wyznaczyłem sobie około dwustu kilometrowy odcinek biegnący od Ustronia, gdzie szlak się zaczyna, aż na Turbacz w Gorcach pod Krakowem. Dawało mi to około 25 kilometrów do pokonania dziennie, co wywołało lekki dreszcz emocji, ale nogi długie mam i potrafię nimi machać, więc przyjąłem wyzwanie. Zawsze mogłem też skrócić trasę w razie przecenienia swoich możliwości, więc nie było się czym martwić. Przede wszystkim zależało mi na poczuciu luzu i swobody. Niestety sam sobie również podstawiłem nogę w tym aspekcie poprzez typowo amatorskie zapakowanie plecaka. Zabrałem się do tego klasycznie w dzień wyjazdu i w gorączce ekscytacji i uciekającego czasu wrzuciłem tyle ekwipunku, ile objętościowo było w stanie się zmieścić, bo przecież wszystko się może przydać.
Błąd dotyczył przede wszystkim ilości ubrań – majtki i skarpetki na każdy dzień tygodnia, 5 par koszulek, dwa zestawy odzieży termo aktywnej (jakby jeden zamókł), kurtka przeciwdeszczowa (uzasadniona), kurtka puchowa na zimne wieczory (totalnie bez sensu) i lekka kurteczka przeciwwiatrowa (bez sensu, ale lekka), dwie bluzy i na deser krótkie spodenki, do których nie zabrałem paska, więc nawet nie mogłem ich nosić. A czytałem kiedyś u Cejrowskiego, żeby ograniczyć się do dwóch naprzemiennie noszonych zestawów, które można po prostu przepierać i suszyć na plecaku co drugi dzień. Najwyraźniej wizja regularnego prania swoich rzeczy na szlaku jeszcze przerasta moją dojrzałość i naturalniejszym wydaje się naładowanie sobie kilogramów zapasu. W końcu jak założyłem na siebie pełny plecak, to ustać owszem mogłem, więc optymistycznie ekstrapolowałem tę dyspozycję na nadchodzące 200 km wędrówki przez góry i doliny i uznałem, że wszystko gotowe. Pożegnałem się z Dziubkiem oraz zwierzątkami i załadowałem się do nocnego autobusu do Bielsko-Białej.
Nocne kursy wolę spędzać w autobusach niż pociągach. Jakoś tak przytulniej w nich. Mniejsza przestrzeń i ograniczona ilość postojów sprawiają, że czuję się w większej wspólnocie ze współpasażerami, co dalej przekłada się na poczucie bezpieczeństwa. Jakoś ciężko mi sobie wyobrazić, aby ktoś odważył się na próbę kradzieży bez możliwości pójścia do innego wagonu. Dlatego komfortowo zwijam się na swoim miejscu rozszerzonym o fotel obok, który na szczęście pozostał pusty i słuchając muzyki oraz będąc kołysanym przez wibrujący pokład autokaru powoli opadam w sen.
<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
