W Pewnym Sensie

OPOWIEŚĆ O FACECIE IDĄCYM PRZEZ LAS

3. Zmrokwlesie

            Obudził mnie chłód i lekki niepokój wywołany zauważalnym zgranatowieniem nieba. Zesztywniały sięgnąłem po komórkę – była już 18 i nie mogłem dłużej zwlekać. Ostrożnie podniosłem się do pozycji siedzącej, żeby zorientować się w swoim stanie i cóż, w głowie piłowało niezmiennie, co najwyżej gulasz się już trochę ustabilizował. Wciągnąłem buty na obolałe stopy, zarzuciłem na siebie plecak i aż syknąłem z bólu, tak miałem poobcierane boki. W ogóle miałem wrażenie, że po tej krótkiej drzemce na łączce jestem w jeszcze gorszym stanie niż wcześniej, bo zdążyłem wystygnąć, ale ani trochę się nie zregenerowałem. No nic, nie ma co marudzić. Czym prędzej i sprawniej wyruszę, tym szybciej znajdę dobre miejsce do pełnoprawnego wypoczynku.

Wyobrażałem sobie jakąś rozległą halę pasterską z daleka od ludzi, za to z przepiękną panoramą rozciągającą się w każdym kierunku i przepastnym niebem roziskrzonym gwiazdami nade mną. O tak, tylko byleby szybko. Niestety rzeczywistość nie do końca przystawała do moich oczekiwań. Najpierw przez 15 minut szlak szedł wzdłuż asfaltowej drogi z każdej strony otoczonej przez gęsty, ciemny las. Potem w końcu zaczął się piąć w górę na jakiś garb, ale dalej zamiast polan, ścieżka graniczyła tylko z gęstymi krzakami. Robiło się już coraz ciemniej i gdzieś z tyłu głowy zaczynały mi się gromadzić podszyte lękiem wątpliwości.

            Spodziewałem się ich, bo już na etapie planowania podróży, nie byłem w stanie nie zastanawiać się nad perspektywą natknięcia się w lesie na dzikie zwierzęta. Oczywiście wszędzie czytałem przede wszystkim o tym, że szanse takich spotkań są niebywale niskie, ale jednak nie zerowe. W końcu gdzieś tam w tych górach faktycznie żyją i niedźwiedzie i wilki, nie mówiąc już o zapewne całych hordach dzików i jeleni. Teraz, wędrując zupełnie samemu w gwałtownie ciemniejących, gęstych zaroślach, coraz ciężej było mi racjonalizować ten pierwotny strach przed dzikimi potworami czającymi się w ciemnościach. Bardzo wyraźne stało się dla mnie to, że jestem tylko wątłym człowiekiem, który zabłąkał się z dala od swoich naturalnych, społecznych struktur gwarantujących mu minimum bezpieczeństwa. Czułem się tutaj obcym, intruzem kurczowo trzymającym się jedynego śladu ludzkiej ingerencji – szlaku i ciarki mnie przechodziły na wyobrażenie sobie bycia faktycznie zagubionym poza jakąkolwiek ścieżką.

ślady dzikich zwierząt

            Cóż, na szczęście tak źle jeszcze nie było i wciąż traktowałem to wszystko raczej jako lekcję pokory, niż faktyczną walkę o przetrwanie. Nie mniej z utęsknieniem wypatrywałem jakiejkolwiek okazji na zakończenie tego dnia i bardzo liczyłem na to, że uda mi się ku temu znaleźć okazję przed zapadnięciem totalnego zmroku. A ten zbliżał się szybko i wszystko wskazywało na to, że zapadnie nie później niż o 19, do której zostało mi może pół godziny. Z gęstych zarośli wyszedłem prosto w sosnowy las, którego korony zamykały nade mną resztki nieba. Zapanował wilgotny, cichy półmrok wyzierający spomiędzy nagich pni, teraz kojarzących się z kolumnami podtrzymującymi ciężkie sklepienie. Co prawda zdarzały się między drzewami przestrzenie, w których od biedy zmieściłby się rozbity namiot, ale to otoczenie wywoływało u mnie bardzo klaustrofobiczne uczucia. Na domiar złego, kiedy ledwo zacząłem w ogóle rozważać taką opcję, zza zakrętu wyłoniła się tabliczka – „ostoja dzikich zwierząt, schodzenie ze szlaku zabronione”, która tylko podsyciła moją niepewność. Stwierdziłem, że dopóki jeszcze cokolwiek widzę, będę parł przed siebie jak najszybciej się da, z nadzieją, że wszechświat jednak się do mnie uśmiechnie i uraczy jakimś miłym miejscem.

<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36


Opublikowano

w

przez