Po godzinie/dwóch dotarłem do jakiegoś schroniska, gdzie, mimo już znaczącego bólu głowy, doznałem kolejnego, wyraźnego doznania estetycznego. Siedząc na ławeczce i posilając się swoimi kanapkami z podwójnym serem i potrójnym masłem nie sposób było nie ulec urokowi otaczającej mnie polany. Wszystko było skąpane w intensywnym blasku wysokiego słońca, któremu w drogę nie wchodziła nawet najmniejsza chmura. Powietrze zdawało się lekko wibrować nad rozgrzanymi trawami o wyjaskrawionej intensywnym światłem zieleni. Jednolitą barwę przełamywały jeszcze tu i ówdzie wrześniowe kwiaty, pomiędzy którymi stale kursowały owadzie żyjątka pobłyskujące swoimi pancerzami. Nie mniejsze wrażenie wywierała granicząca z polaną ściana lasu kołysząca na wietrze bujną powałą iglastych koron drzew, stanowiącą hipnotyzujące, głęboko zielone tło. Wyraźnie odznaczały się na nim fruwające w powietrzu rozmaite pyłki jaśniejące w promieniach słońca. Było to wszystko wręcz odrealnione, więc chwyciłem się za nos i zrobiłem test rzeczywistości. Nie udało mi się odetchnąć, także nie był to sen i nie pozostało mi nic innego, jak pożegnać się z ujmującą scenerią i ruszyć dalej.

Niestety szło mi się już coraz gorzej. Ból głowy stale się intensyfikował, plecak zaczął mnie boleśnie obcierać w pasie, gdzie opierał się całym swoim ciężarem za pośrednictwem pasa biodrowego, no i byłem już po prostu zmęczony. W celu rozbudzenia trochę przydającego energii entuzjazmu, obiecałem sobie ciepły posiłek w najbliższym napotkanym schronisku. Starałem się skupiać z całych sił na wizualizacji aromatycznego gulaszu, ale co chwila przebijały się przez niego ostre szpice rozsadzającego głowę ciśnienia. W końcu, przy jakimś bardziej stromym podejściu, poddałem się, zrzuciłem w cieniu plecak, zwaliłem się na ziemię i oparłem ociężałą głowę o jakiś przyjemnie chłodny pień. Spieszyć się nie musiałem, skoro i tak zakładałem nocleg na dziko w namiocie, w pierwszym lepszym miejscu po nadejściu zmroku. Było coś uwalniającego w zdychaniu pod drzewem, ale dobrze wiedziałem, że na ból głowy mi to nie pomoże. Co najwyżej doraźnie, w bezruchu byłem w stanie mini medytacją tak jakby zbierać go w jednym miejscu i oddzielać od siebie tak, że stawał się nieco bardziej znośny. Po dwudziestu minutach spędzonych w takim otępieniu zniecierpliwiłem się bezcelowością dalszego w nim trwania i z ciężkim westchnięciem dźwignąłem swój ciężar i ruszyłem dalej.
Do schroniska dotarłem już dosyć szybko, ale o dziwo na miejscu odechciało mi się kupowania tam czegokolwiek. Może nabrałem już po prostu wewnętrznej zrzędliwości ze zmęczenia, bo uznałem, że bryła schroniska jest nieciekawa i brzydka, na zewnątrz jest za dużo ludzi, są za głośno i zajmują najlepsze miejsca, menu jest drogie i niczym nie przykuwa uwagi i w ogóle wewnątrz trochę śmierdzi. Po przestudiowaniu mapy zobaczyłem też, że czeka mnie jeszcze dzisiaj zejście do jakiejś ulicy, gdzie znajduje się jakaś mini miejscowość, a za nią nie pozostanie mi już nic innego, jak tylko szukanie ładnego miejsca pod namiot. Stwierdziłem więc, że nie ma co zamulać na ostatniej prostej i po krótkiej przerwie na nawodnienie się, z zacięciem ruszyłem dalej.
Zejście było okropne i dłużyło się niemiłosiernie, ale cóż mi pozostało. Kroczyłem zamaszyście z mroczkami w oczach z bólu i tylko starałem się zachować minimum uwagi, aby nie skręcić sobie stopy na żadnym kamulcu. Jedynym pozytywem, który podniósł mnie odrobinę na duchu, były krzaki czarnych jeżyn, które w pewnym momencie zaczęły wyrastać na poboczu. Co prawda ich owoce były dosyć wątłe i mało liczne, to jednak ich połyskująca czerń zwracała uwagę, a cierpka słodycz odrobinę poprawiała humor, co wystarczało, aby usprawiedliwić krótkie przystanki na buszowanie w krzakach. Czasami trafiały się nawet poziomki.
Posuwając się do przodu w końcu usłyszałem dźwięk samochodów i zobaczyłem wyłaniające się zza drzew zabudowania. Nie było już opcji, abym nie zatrzymał się tam na solidny popas. Tym bardziej, że nie miałem już żadnych kolejnych punktów na mapie, do których chciałbym tego dnia jeszcze dotrzeć, a było ledwo po 16, więc do zmroku miałem jeszcze bezpieczny margines czasu, chociaż zupełnie niesłusznie założyłem, że nadejdzie on zapewne w okolicach 20. Szybko rozejrzałem się po owej miejscowości, która tak naprawdę okazała się po prostu paroma knajpkami i punktem wypadowym dla turystów, ale tylko tego mi było trzeba. Zamówiłem sobie kwaśnicę, placek ziemniaczany z gulaszem i piwo, zrzuciłem buty z obolałych stóp i nie myślałem już o niczym. Rozmiar porcji bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, a wręcz zaniepokoił wyobrażeniem stanu, w którym się znajdę po zjedzeniu tego wszystkiego, ale i tak byłem zdeterminowany, aby nic nie zostawić. Uwielbiam jeść. Po prostu w połowie placka stwierdziłem, że kiedy już z nim wygram, zaserwuję sobie jeszcze krótką drzemkę na pobliskiej polanie, aby wszystko się ułożyło i abym odzyskał zdolność poruszania się bez ryzyka niepożądanego zwrotu treści. Tak też uczyniłem i zaraz po znalezieniu się w upragnionej pozycji horyzontalnej zapadłem w majaczące odrętwienie trochę zbliżone do snu.
<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
