Z takim nastawieniem nie minęło już wiele czasu aż szczyt Wielkiej Czantorii o zapierających dech w piersiach wysokości 995m n.p.m. został zdobyty (oczywiście to tak naprawdę dosyć mała góra dostępna dla każdego spacerowicza). Akurat był tak porośnięty drzewami, że i tak żadnej panoramy nie było z niego widać, ale soczysta zieleń wylewająca się z każdej strony połączona z poczuciem zdobycia pierwszego konkretnego punktu trasy absolutnie mnie zadowalała. Wznosiła się obok co prawda jeszcze wieża widokowa, ale coś tam trzeba było za wstęp zapłacić, to machnąłem ręką stwierdzając, że jeszcze się na pewno na górskie pejzaże załapię. Nastał też czas najwyższy na jakiś posiłek i picie. Przez chwilę kusiły mnie oscypki i kiełbaski z grilla, ale na szczęście nie miałem problemu z przemówieniem sobie do rozsądku w tej sprawie. To w końcu dosłownie pierwszy przystanek na trasie, a już i tak miałem za sobą jedzenie w kawiarni. Co prawda tam usprawiedliwiała mnie ogólna felerność tego poranka, ale tutaj już nie znajdywałem sensownych argumentów. Miałem w końcu swój solidny prowiant, który wypadałoby zacząć jeść chociażby po to, żeby odciążyć trochę plecak. Były to kanapki z serem i.…to w zasadzie wszystko. Zużyłem na nie dwa bochenki chleba, dwie kostki masła i prawie kilogram sera, więc było obficie i kalorycznie. Zawsze tak się wyposażam na wszelkie wyprawy i w ten sposób zapewniam sobie podstawowe poczucie bezpieczeństwa.
Zżułem dwie kanapki, wypiłem trochę wody i w końcu wyciągnąłem z plecaka kapelusz, bo zauważyłem z pewnym niepokojem, że przecież cały dzień słońce bez przeszkód leje mi się prosto na głowę. Niestety już na tak wczesnym etapie podróży byłem w stanie zarejestrować tępy ucisk w skroniach zwiastujący rychły ból głowy. Generalnie jestem dosyć wrażliwy na ten problem i regularnie dopada mnie on w pierwsze dni podróży, kiedy jestem wystawiony na gwałtowne zmiany warunków bytowania. Tym razem po nocy spędzonej w autobusie tym bardziej powinienem być ostrożny i się oszczędzać, ale jeszcze nigdy w życiu nie pochwaliłem się taką zapobiegliwością. Wręcz przeciwnie, wrzuciłem przecież najwyższy możliwy bieg, żeby nadrobić straty. W tamtym momencie jednak jeszcze tego aż tak nie roztrząsałem. Wziąłem jeszcze parę łyków, zarzuciłem plecak, który, teraz gdy trochę ostygłem, dosyć boleśnie przypomniał mi o swoich gabarytach i ruszyłem dalej.
Większość osób szła tylko na szczyt Czantorii, więc po jego opuszczeniu nagle znalazłem się na trasie zupełnie sam. W dodatku teraz teren opadał, co naturalnie czyniło wędrówkę lżejszą. Pomyślałem, że fajnie by było uczcić to śpiewem, więc zaimprowizowałem jakąś krzywą melodię z losowymi słowami, co dało mi trochę frajdy na krótki czas. Odechciało mi się, kiedy haniebnie potknąłem się na prostej drodze i boleśnie stanąłem na boku stopy. Przerażony ostrożnie ją rozruszałem i okazało się, że na szczęście nic się nie stało, ale niesmak pozostał. Głównie przez to, że faktycznie mam problem z luzami w kostkach i niepokojąco często ląduję krzywo stopą przez zwykły brak uwagi. Ciężko by mi było sobie wybaczyć zwichnięcie kostki pierwszego dnia wyprawy, więc obiecałem sobie skupienie uwagi, ale i tak tego dnia naliczyłem chyba z 4 takie krzywe stąpnięcia.

<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
