W Pewnym Sensie

OPOWIEŚĆ O FACECIE IDĄCYM PRZEZ LAS

2. Jużwlesie

            Wreszcie wysiadam na początku trasy na Czantorię Wielką. Rozciągam się odrobinę, wdycham świeże powietrze, zarzucam na siebie plecak starając się nie zwracać uwagi na jego ciężar i ruszam czerwonym szlakiem. Idzie on równolegle do stoku narciarskiego, więc generalnie nie jest zbyt ciekawy, za to dosyć stromy i od razu popełniam na nim pierwszy błąd, który cieniem położy się na koniec tego dnia. Zniecierpliwiony swoim opóźnionym rozpoczęciem trasy, za to w pełni przekonania o swoich młodzieńczych siłach zaczynam PĘDZIĆ pod górę. Po 10 minutach jestem już totalnie zgrzany. Mimo trasy biegnącej w cieniu pot strugami spływa mi po wygolonej głowie, czuję pulsowanie w skroniach, ale cisnę dalej. Wody nie chce mi się wyciągać z plecaka, napiję się i zjem coś na szczycie. Dodatkowo w pełni przyzwalam sobie na moją próżną ambicję, która każe mi starać się wyprzedzić każdą osobę, która pojawia się w moim zasięgu. Nie jest to dla mnie kwestia o wielkiej wadze, ale jako że lubię poruszać się szybko, zwłaszcza samemu, no i preferuję brak postronnych podróżnych w moim bezpośrednim otoczeniu, to wykorzystuję czyjąś obecność, jako ekstra bodziec i motywację, aby jeszcze troszeczkę przyspieszyć. Nie żebym uważał się za jakiegoś turbo kozaka górskiego, bo tak na pewno nie jest, ale jednak od większości niedzielnych turystów jestem trochę sprawniejszy i udowadnianie sobie tego daje mi jakąś tam prymitywną przyjemność.

            Tak więc mijam z rzadka kolejne osoby oraz grupki dzieci na wycieczkach szkolnych i poza coraz wyraźniejszym szmerem krwi buzującej w naczyniach uszu, rejestruję jedynie obecność trochę intruzywnych, powracających mimo woli obaw o ciężar mojego plecaka. Nawet go nie zważyłem przed wyjazdem, za to teraz każdy kolejny krok przywoływał wspomnienia nadmiarowych kurtek i bluz wziętych na wszelki wypadek. Staram się nie popadać w pętlę frustracji, ale jestem już w zasadzie pewny, że żaden wszelki wypadek nie nastąpi i tylko się wygłupiłem. Pocieszam się za to wizją jeszcze bardziej zahartowanego ciała po tym, jak już przeniosę ten plecak przez te 200km i sapiąc sunę sobie dalej. 

            W miejscu, gdzie kończyła się kolej linowa wnosząca kolejne pokłady ludzi, okazało się, że do faktycznego szczytu jeszcze trochę. I mimo, że panorama już rozciągała się solidna, a ciało domagało się chwili spoczynku, to duże zagęszczenie ludzi i odrobinę festyniarska atmosfera sprawiają, że od razu ruszam dalej. Obiecywałem sobie, że już tutaj się napiję, no ale w końcu myślałem wtedy, że to już szczyt, a że jeszcze nie, to bardzo głupio przekładam i tę czynność, bo nie chce mi się zdejmować plecaka. Przynajmniej sama droga się trochę wypłaszczyła i nabrała uroku. Tu i ówdzie intrygowały formacje skalne, falowała rzeźba terenu gęsto porośnięta szumiącymi na wietrze bukami, świerkami i jodłami, a spomiędzy pni co i rusz wyłaniały się szerokie panoramy górzystych terenów. Pierwsze doznania natury estetycznej dosadnie wprowadziły mnie w wakacyjny stan umysłu, poprawiły nastrój i dodały energii. Krok się wydłużył i uczynił sprężystszym, uśmiech zawitał na twarzy, a nawet plecak jakby trochę stracił na wadze. Przydało mi się to bardzo, bo w pewnym momencie zorientowałem się, że po piętach depczą mi jakieś dzieciaki ze szkolnej wycieczki i żeby ratować honor musiałem dość znacznie zwiększyć tempo. Nie będą mnie – rosłego chłopa w sile wieku jakieś dzieci wyprzedzać. Dać im na plecy ekwipunek na tydzień wędrówki, to już by tak nie pędziły beztrosko.

To nie Czantoria Wielka



<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36


Opublikowano

w

przez