W Pewnym Sensie

OPOWIEŚĆ O FACECIE IDĄCYM PRZEZ LAS

Usłyszałem ten wiatr. Przewalał się szumnie nad szczytami, zahaczał o szczyty drzew i opadał kaskadą na mój namiot szarpiąc agresywnie jego cienkimi ścianami. Przywołało mnie to do otaczającej mnie rzeczywistości, chociaż jeszcze chwilę opierałem się otwarciu oczu w nadziei, że góra na powrót roztworzy przede mną swoje tajemnicze głębie, tak niesamowite były to doświadczenia. Jednak byłem już na powierzchni i dalsze próby ponownego zanurzenia się w ciemność byłyby zaprzeczeniem naturalnego biegu zdarzeń, według którego nastał czas na rozrzucenie zarodników swojej świadomości po okolicy.

Tak! Wyraźnie zrozumiałem, że tego chce ode mnie wiatr, który rysował swoim nieregularnym szumem panoramę okalającej mnie przestrzeni. Nawet przestało padać. Ostrożnie i powoli rozchyliłem oczy na, niewiele tylko jaśniejszy od całkowitej ciemności spod powiek, atramentowy granat. Nie spieszyłem się z żadnym ruchem, aby możliwie dokładnie przysposobić się do orientacji w przestrzeni. Czułem się jak przed opuszczeniem bezpiecznej rakiety osadzonej na obcej planecie, więc chciałem zadbać o uzbrojenie się w kombinezon możliwie odporny na wszelkie atmosferyczne nieprzyjemności. Szukanie i zakładanie kolejnych warstw w takiej ciasnocie dodatkowo splątanej odmiennym stanem świadomości nie było łatwe, ale w końcu okutany przeciwdeszczową kapotą stanowiącą najbardziej zewnętrzną warstwę i z czołówką na głowie ustawiłem się w pozycji wyjściowej. Czołówkę wyłączyłem chcąc doświadczyć świata w jego pełnej naturalności i licząc, że moje pierwotne instynkty i wyczulone zmysły wystarczą do nawigacji. Wziąłem głęboki oddech, rozsunąłem zamek i wygramoliłem się w przestwór nocy.

W twarz uderzył rześki chłód, a w oczy kompletna ciemność przesiekana kolorowymi powidokami, które zgrzybione oczy mylnie interpretowały jako wskazówki orientacyjne. Przez to uległem złudzeniu, że teren przede mną wyraźnie się wznosi, kiedy rzeczywistość była zgoła inna i tylko ciężko tąpnąłem w zupełnie niespodziewanym momencie zanosząc się od tego chwiejnie z powrotem na namiot. Po tym jakże niezgrabnym początku z pokorą odpaliłem czołówkę oświetlając bladym światłem zupełnie płaski taras, na którym byłem rozbity i ruszyłem ostrożnym krokiem przed siebie. Poczucie dezorientacji nie opuszczało mnie, wzmagane przez fakt, że cała informacja wizualna na temat otoczenia ograniczała się do chybotliwego kręgu światła rzucanego przez czołówkę. W jego wnętrzu kolejne formy nabierały jakiegoś elektrycznego drżenia czyniącego każdy kamień nierealnie wyraźnym. Poza światłem ziała ciemność. Czułem się trochę jakbym chodził po księżycu jednocześnie obserwując jego powierzchnię przez lunetę.

<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36


Opublikowano

w

przez