W Pewnym Sensie

OPOWIEŚĆ O FACECIE IDĄCYM PRZEZ LAS

            Tym razem jednak byłem uzbrojony w odpowiednią taktykę. Kolega artysta sprzedał mi mądrość dotyczącą prowadzenia szkicownika – nie bać się bazgrać, nie starać się, aby szkicownik był ładny, mazać co popadnie i ile wlezie. Właśnie po to, aby nie zablokować się na obawie przed „niedoskonałymi” wpisami. Mając to w głowie specjalnie wziąłem ze sobą swój najładniejszy zeszyt, niegdyś przeznaczony na najświatlejsze z mych myśli, które w rezultacie nigdy się tam nie pojawiły. Wziąłem ten zeszyt specjalnie po to, aby przełamać swój opór i totalnie go zbezcześcić wylewając na jego strony tyle bełkotu, ile tylko w sobie znajdę, co najwyżej licząc na to, że gdzieś tam zaplącze się coś faktycznie ciekawego. Teraz gdy piszę ten tekst muszę jeszcze tylko pokonać opór związany z wracaniem do takich zapisków i ich rozczytywaniem, gdyż nieobce mi wtedy poczucie lekkiej żenady.

<Czyta dziennik>

            Cóż, nic wielce ciekawego ponad to, co opisałem w powyższych akapitach, tylko trochę dosadniej i bezwładniej, plus wątpliwości odnośnie kupowania jeszcze zupy i ogólnego rozpasania w jedzeniu w knajpach, kontrastującego z moją raczej marnego poziomu zamożnością. Chyba w końcu jej nie kupiłem, ale też w ogóle nie byłem głodny, nawet jeszcze przed zjedzeniem dwóch zakupionych wcześniej kanapek i to mogło mieć wpływ na tą wydawałoby się zdroworozsądkową decyzję. No i jeszcze zwerbalizowało się tam dziwne uczucie braku granic pomiędzy mną, a kartką, między pisarzem, a pisanym, tak jakbym mógł w jednej chwili przelać pismem absolutnie całą zawartość mojej głowy. Tylko że nic więcej w niej już nie było.

            A do autobusu wciąż cała godzina. Dłużej już wysiedzieć w tej kawiarni nie byłem w stanie, zwłaszcza że twardo wyłączyłem sobie opcję wsiąknięcia w telefon, na nieczynieniu której szczególnie mi zależało na tym wyjeździe (bo na co dzień jestem absolutnie od tego uzależniony). Wyszedłem więc na bielsko-białą ulicę i smętnie krążyłem po jej zamglonych porankiem odnogach. Niesamowite jak czas potrafi się dłużyć, kiedy jest zupełnie zbędny, a jednocześnie nie ma go na tyle dużo, żeby na przykład iść do centrum coś pozwiedzać. Udało mi się jedynie przejść na drugą stronę torów, popodziwiać dziury w ścianach rozpadających się budynków, poczytać zawartość śmieciowych ulotek poprzyklejanych tu i ówdzie i pokontemplować stężałe twarze przechodniów zmierzających w milczeniu do pracy. Ostatnie 10 minut spędziłem już w bezruchu na przystanku z otępieniem wyczekując upragnionego transportu. Cóż za dynamiczny początek wielkiej podróży. W końcu jest! Rozklekotany bus zatrzymał się przede mną, roztworzył swe wrota i zaprosił mnie do swojego śmierdzącego wnętrza. Jeszcze tylko pół godziny trzęsącej jazdy i w końcu zaczną się te wakacje.

           Ze względu na swoją dwugodzinną obsuwę i pragnienie, aby jak najszybciej znaleźć się jak najdalej na szlaku, decyduję się na rozpoczęcie trasy przystanek za miejscem, gdzie faktycznie swój początek ma główny szlak beskidzki. W ten sposób jestem 10 kilometrów do przodu i omijam kawałek trasy, który zaczyna się w Ustroniu i do tego Ustronia wraca. Coś czuję, że i tak nie mógłbym się zrelaksować wiedząc, że robię coś na kształt pętelki zamiast posuwać się we właściwym kierunku. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że szczyt Równica, który w ten sposób mi przepadł, nie był najpiękniejszą górą do zobaczenia na mojej wyprawie.

<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36


Opublikowano

w

przez