Łysiczki co prawda nie posypały się od tego momentu jak z rękawa, ale konsekwentnie, raz na około 10-15 minut udawało mi się wyłuskać skądś kolejną sztukę, którą wrzucałem do plastikowej butelki, aby się nie pogniotły. To trzymało mnie w aktywności, ale siły przeciwstawne do mojej motywacji również wzmagały się z każdą kolejną minutą. Szarość zaczęła już powoli nabiegać pociemniałą, zimną niebieskością. Nie poruszałem się wiele, ciało nie miało jak się rozgrzać, wilgoć już dawno przeniknęła przez warstwy ubrań na kolanach i łokciach, na których pełzałem, i powoli rozprzestrzeniała się zajmując coraz większy obszar. Mokre palce powoli traciły czucie.
Dodatkowym czynnikiem obniżającym morale był psychologiczny efekt przebywania dosyć daleko od uczęszczanych ścieżek, czołgając się zaraz pomiędzy trzema ścianami lasu, które w zapadającym zmroku wydawały robić się coraz wyższe i wyższe. Z ich głębin co i rusz dochodziły niskie porykiwania jeleni w okresie godowym. Wiedziałem, że to jelenie, ale jednocześnie te dźwięki potrafiły być tak zaskakująco potworne i w dodatku czasami na tyle bliskie, że mimowolnie nieruchomiałem, a wyobraźnia podsuwała wizje głodnych niedźwiedzi czekających na odpowiedni moment. Zresztą nawet przekonując sam siebie do jeleniej genezy tych dudniących porykiwań, to nie zmieniało to faktu, że nie chciałbym o zmroku znaleźć się na trasie takiego zwierza, który być może nie od razu zauważyłby rozpłaszczoną na ziemi ludzką obłość.

W końcu dotarłem do granicy, gdzie załamywała się racjonalność dalszego szperania. Ciężko było odróżnić poszczególne struktury poszycia, a zimne krople skapywały mi z sinego nosa. Niedobrze by było rozpocząć grzybową podróż równocześnie z postępującą gorączką. Efekty mogłyby być potężne, ale nie koniecznie w tę dobrą stronę. Rzuciłem oko na butelkę i z zadowoleniem stwierdziłem, że przynajmniej jedna trzecia jest wypełniona wiotkimi ciałkami. Tak! Najwyraźniej tyle ich właśnie miałem zebrać, ni mniej, nie więcej.
Ostrożnie się podniosłem rozciągając zesztywniałe mięśnie i pociągnąłem głęboki haust powietrza zmieniający się w moich płucach w falę rozgrzewającej ekscytacji. Naprawdę nie sądziłem, że to się faktycznie uda. Zadziwiająco sprężystym krokiem ruszyłem posiniałymi polami w stronę schroniska i od razu dałem nura do namiotu, żeby w spokoju przyjrzeć się swojej zdobyczy. Po rozpruciu butelki wysypałem zawartość na strony mojego dziennika i ułożyłem sztuka przy sztuce, aby je policzyć i nacieszyć się uporządkowanym widokiem. 55 łysiczek!

Według mojej wiedzy już 30 potrafiło dać zauważalny efekt, więc pogratulowałem sobie wytrwałości w grzybobraniu, bo najwyraźniej czekało mnie konkretne doświadczenie. Świeże są ponoć silniejsze niż suszone, ale z drugiej strony łysiczka łysiczce nierówna. Niektóre były całkiem duże, a inne maciupeńkie. Jedne swoją jędrnością i jasną barwą jawiły się młodzieńczo, drugie ciemne, zmarszczone i poskręcane swoje najlepsze dni miały już dawno za sobą. Nie sposób było przewidzieć ukrytej w nich wszystkich mocy, ale wiedziałem, że ile by jej tam nie było, najwyraźniej dokładnie tyle jest mi dzisiaj przeznaczone. Wziąłem jeszcze parę głębokich oddechów, które wybrzmiały szeroko w ciszy pełnej napiętego oczekiwania po czym wepchnąłem wszystkie grzybki, każdy jeden grzybowy okruszek, prosto do mojej paszczy.
<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
