
Do schroniska dotarłem wczesną porą, bo poprzedni nocleg był oddalony o zaledwie dwie godziny marszu. Dzień był chłodny, wietrzny i pochmurny. Ogólna atmosfera nie zachęcała do spędzania godzin na klęczkach wśród otaczających halnych łąk w poszukiwaniach małych grzybków, ale brak było alternatyw. Najwyżej nic nie znajdę, zmarznę i zrobię sobie wieczór przy bardziej tradycyjnych używkach – ciepłym jadle zapijanym piwem. Ciepłe jadło zresztą i tak wskoczyło w przełyk na zachętę i podniesienie morali – kolejny placek po węgiersku z gulaszem. Znowu dobry, ale tym razem, być może pod wpływem podjętej mistycznej misji, jakieś wątpliwości zaczęły unosić się nad sensem danej samemu sobie na ten wyjazd dyspensy od wegetarianizmu. Czy naprawdę było konieczne szukanie dla siebie wymówki usprawiedliwiającej jedzenie truchła? Czy te skrawki ściętych temperaturą mięśni w sosie, które żułem, były faktycznie takim skarbem i dobrodziejstwem dla mojego podniebienia i organizmu? Coś nie mogłem znaleźć na to przekonujących argumentów, więc dokończyłem danie z umiarkowaną przyjemnością i czym prędzej wytoczyłem się na zewnątrz rozbić swój namiot i ruszać na łąki.

Na polu namiotowym nikogo nie było i miałem nadzieję, że tak pozostanie. Zwłaszcza w przypadku odniesienia grzybowego sukcesu czułbym się lepiej z zapewnioną odrobiną intymności. Kiedy mój nylonowy kokon został ostatecznie przytwierdzony do podłoża nie miałem już innych wymówek – zakasałem rękawy i ruszyłem. Najpierw w stronę znaku upamiętniającego wizytę samego Papieża Polaka na tych szlakach. Pomyślałem, że pod takim potężnym patronatem ziemia z pewnością będzie bardziej skłonna zrodzić świętą grzybnię, więc zacząłem się rozglądać zaraz za znakiem powoli kierując się w głąb łąki. Ostatecznie szybko zszedłem najdalej jak się da, aby nie było mnie jednak widać z głównej ścieżku. Pełna oczywistość moich zamiarów ujawniająca się w charakterystycznym pełzaniu na czworaka z nosem w trawie była dla mnie odrobinę krępująca.

Dość szybko minęła początkowa ekscytacja związana z samym rozpoczęciem poszukiwań, umysł się wyciszył, wzrok wyostrzył i rozpoczęło się żmudne acz cierpliwe przeczesywanie gruntu. Czas jednak leciał nieubłaganie, niebo szarzało, tyłek marzł, a łysiczek ani śladu. Czy robiłem coś źle? Czy może okolice schroniska są już całkowicie wyskubane? Wątpliwości zaczynały gromadzić swój ładunek przeciwległy do kierunku poszukiwań. Minęła godzina, potem druga i już poważnie zaczynałem się zastanawiać nad sensem spędzenia w ten sposób kolejnych trzech, które dzieliły mnie do zmroku. Do tego poczułem pierwsze kropelki siąpiącej mżawki, której nadejścia nie dawało się nie przewidzieć.
<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
