7. Grzybwlesie
<Dwa dni chodzenia po lesie później>
I w ten sposób z zapasem całego dnia zbliżałem się do swojej finalnej destynacji – góry Turbacz w położonych nad Krakowem Gorcach i schroniska tam się znajdującego. Miałem z tym miejscem związany szczególny plan uświęcenia tej wyprawy. Umówiłem się tutaj z dobrym kolegą znającym te okolice i wprawionym w wyłuskiwaniu z gęstwiny poszycia polnych hal maleńkich łysiczek lancetowatych. To niepozorne grzybki przypominające typowe “psiaki” – szczuplutka, giętka nóżka zwieńczona stożkowatych kapelusikiem z charakterystycznym sutkiem na samym czubku, gdzie większość okazów nie przekracza średnicą połowy centymetra. Istne maleństwa, które jednak spożyte w większej ilości odkrywają przed konsumentem swoje magiczne właściwości.

Zamierzałem ich spróbować, a bardziej obeznany w okolicznościach kolega miał mi w tym pomóc, bo grzybiarz ze mnie kiepski. No ale coś mu wypadło i bęc, jak byłem sam przez całą wyprawę, tak i pozostanę do jej końca. Przyznam, że znacznie ostudziło to mój entuzjazm, bo to nie pierwszy raz, jak zamierzałem szukać tych maluchów, a zawsze kończyło się to fiaskiem. No trudno. Z takimi akcjami zawsze staram się ograniczyć w sobie trochę ciężar oczekiwań, bo to jednak hobby odrobinę ryzykowne i parcie na siłę tam, gdzie wszechświat Cię akurat nie chce zazwyczaj prowadzi raczej do tych mniej przyjemnych odkryć. Ale poddać się tak czy inaczej nie zamierzałem, bo i tak nie miałem nic innego do roboty, a dnia poprzedniego, wracając jakimś polem na przełaj do mojego namiotu, zupełnie przypadkowo natknąłem się na dwa piękne, podręcznikowe wręcz okazy owego grzybka. Potrzeba co najmniej trzydziestu, ale jednak zyskałem tę świadomość, że one faktycznie tu rosną. Kolejnym promyczkiem nadziei był widok charakterystycznie zgarbionych sylwetek krążących tu i ówdzie z nosem przy trawie, więc nie byłem również jedynym amatorem magii i czarodziejstwa w okolicy.

<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
