
Kiedy byłem już naprawdę blisko, pogoda w końcu się ustabilizowała – przepotężny i nieprzerwany strumień powietrza dął we mnie ze wszystkich sił nie ustępując ani na chwilę. Było to paradoksalnie dużo bezpieczniejsze, bo i ciało mogło się zapierać pod odpowiednim kątem bez potrzeby dynamicznych manewrów grożących utratą równowagi. Groteskowo przechylony w zapaśniczym klinczu z wiatrem zdobyłem wreszcie szczytowy garb, na którym nie było widać absolutnie nic poza gęstą mgłą siekającą po twarzy. Czym prędzej czmychnąłem za kamienny murek postawiony chyba specjalnie do tego celu, gdzie w końcu mogłem rozluźnić swoje przetyrane ciało. Przywitałem się tam z trójką wyglądających na równie zmęczonych chłopaków, którzy uświęcali piwkiem tę szaloną górę, więc i ja sięgnąłem do zapasów, żeby chociaż chwilę zabawić na szczycie przed ponownym wystawieniem się na wichurę.

Atrakcyjność dłuższego pobytu w tych warunkach nie przedstawiała zbyt dużej wartości, więc po uzupełnieniu płynów przyjąłem z powrotem pozycję obronną na nisko ugiętych kolanach i drobnym kroczkiem ruszyłem w dół góry czerwonym szlakiem. Po zejściu około 100 metrów w dół dotarłem na garb o uroczej nazwie „Gówniak”, gdzie pogoda dawała już odrobinę więcej wytchnienia. Byłem w stanie stać w pozycji mniej więcej wyprostowanej, a także raz na jakiś czas faktycznie dostrzec strzęp niesamowitej panoramy przez chwilowy wyłom w chmurach. Przede wszystkim, ku mojej wielkiej ekscytacji, po raz pierwszy (na tej wyprawie) zobaczyłem majaczący daleko na południu, majestatyczny łańcuch Tatr. Czułem się jak Frodo spoglądający na odległe granice Mordoru. Ciemniejące pod chmurami, olbrzymie masywy surowej skały piętrzące się jedna na drugiej, jakby rozsadzała je ich własna potęga. Ach, doznawałem wtedy iście poetyckich uniesień wlepiając wzrok w tę, sprawiającą wrażenie mitycznej, krainę za każdym razem, gdy choć na chwilę wyłaniała się z mroków burzliwej pogody.

<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
