Podejście było dosyć ostre, ale początkowo nie było tak źle. Wiatr wyraźnie nadchodził zza przeciwległej ściany, co dobrze wizualizowały poszarpane chmury ciągle przewalające się wysoko nade mną przez szczyt na moją stronę. Wyglądało to dosyć ciekawie, ale przede wszystkim oznaczało, że jestem w miarę osłonięty od głównego ciągu i tylko sporadycznie osłabione podmuchy spadały w dół zbocza na moją postać. Gorzej czułem się z samym ciężarem plecaka, który teraz, przy takiej ekspozycji i nachyleniu zbocza, na które się wspinałem, bardzo wymownie ciągnął mnie prosto w dół i zaburzał i tak niepewny balans na śliskiej skale. Czułem po spiętych mięśniach w całym ciele, jak bardzo nienaturalną dla siebie czynność wykonuję i z jednej strony cieszyła mnie przygoda, ale z drugiej musiałem przyznać się przed sobą, że po prostu trochę się boję i ten strach nie jest dla mnie niczym przyjemnym.
Dawno temu, w wieku nastoletnim, często byłem zabierany przez mamę w wysokie góry i niejednokrotnie pokonywaliśmy dużo trudniejsze trasy, ale zdążyłem już totalnie wypaść z wprawy i nigdy nie robiłem tego z takim obciążeniem. Niemniej jednak prawda jest taka, że nigdy nie byłem szczególnie odważny w miejscach, gdzie każdy błąd bezpośrednio groził śmiercią. Widoki uwielbiałem, ale adrenalina wynikająca z poczucia zagrożenia, to po prostu nie mój typ używki. Takie to refleksje przewijały mi się w głowie, kiedy w połowie ściany, kurczowo przytulony do łańcucha starałem się wyczuć w skale stabilne punkty oparcia dla stóp pod kolejne kroczki. Przynajmniej nadal nie padało.

Największa stromizna okuta łańcuchami skończyła się gdzieś za połową podejścia, ale tak naprawdę oznaczało to początek dużo realniejszego zagrożenia. Teraz nie miałem się już czego przytrzymywać, a zmniejszający się dystans do szczytu połączony ze stałym poziomem nachylenia stoku sprawiał, że przewalające się przez górę zwały powietrza coraz częściej spadały na mnie porywistymi podmuchami. Wiatr był wystarczająco silny, aby zachwiać moją równowagą, a fakt, że docierał do mnie z nieregularną częstotliwością, sprawiał, że ciężko było się przygotować na takie popchnięcia. Dlatego od pewnego momentu wchodziłem możliwie nisko pochylony, prawie na czworaka, aby móc awaryjnie zwiększyć ilość punktów podparcia i przywrzeć do stoku. Mimo mojej wzmożonej ostrożności i tak zdarzył się moment, kiedy nie zdążyłem zareagować wystarczająco szybko. Rozpędzona fala powietrza uderzyła mnie w momencie stawiania kroku na zakręcie, z jedną stopą w górze i tak przechylonym ciałem, że plecak stawił opór całą swoją boczną powierzchnią, a mi nie udało się zapanować nad jego ciągnącym mnie do tyłu ciężarem. Poczułem jakby niewidzialny judoka przerzucał mnie przez swój bark i w moment boleśnie przywitałem swym ciałem zimne, mokre od mgły kamienie. Na szczęście nie zacząłem się staczać w dół po tym wciąż stromym stoku, czego bałem się najbardziej. Odsapnąłem chwilę, aby się uspokoić i już prawie że pełzając powróciłem do zdobywania kolejnych metrów dzielących mnie od szczytu.

<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
