W Pewnym Sensie

OPOWIEŚĆ O FACECIE IDĄCYM PRZEZ LAS

6. Szczytwlesie

            Rankiem ciągle czułem w sobie to niespokojne rozdrażnienie, które podsycało się wzajemnie z niezdecydowaniem dotyczącym godziny wyjścia na szlak. Najlepiej byłoby to zrobić jak najwcześniej się da ze względu na pogodę i ilość ludzi na szlaku, a faktycznie obudziłem się o bardzo wczesnej porze. Niestety moje znacznie skurczone już do ledwie trzech kanapek zapasy żywieniowe przekonały mnie do tego, że lepiej będzie jednak poczekać do 8 aż otworzą kuchnię i śniadanie spożyć jeszcze na miejscu. Tak więc czekałem głupio przez ponad godzinę bezczynnie obserwując, jak na zewnątrz coraz bardziej wzmaga się porywisty wiatr przywołujący ciężkie chmury, a wewnątrz gromadzą się kolejne zastępy zaspanych turystów.

W tym czasie w mojej głowie toczyła się beznadziejna i bezowocna dysputa, czy jednak nie było lepiej iść od razu, bo przecież dałbym radę z tymi trzema kanapkami jakoś, co tylko dalej mnie irytowało. Potem przestraszyłem się, że po otworzeniu kuchni wyląduję w jakiejś wielkiej kolejce, bo przecież cała sala czeka na to samo i fakt, że sterczę tu od 6 nie będzie respektowany. Tego już by było za dużo, zwłaszcza gdyby okazało się, że zamówiona jajecznica nawet nie jest szczególnie smaczna, więc przełamałem opór przed byciem wziętym za chytrusa i zająłem miejsce przy okienku do zamawiania posiłków już 20 minut przed jego otwarciem. Stałem tam jak kołek starając się za wiele nie myśleć, żeby dalej nie nakręcać spirali marudzenia, aż w końcu zasłona w okienku zaczęła się podnosić i faktycznie zamówiłem swoje śniadanie jako pierwszy z całego tabunu, który w tym momencie już ciągnął się za mną ogonem aż na korytarz. Odetchnąłem z ulgą, odczekałem jeszcze parę minut aż zawołano mnie po odbiór potrójnej porcji jajecznicy (nie chciałem ryzykować najmniejszej szansy na nieobżarcie się do syta po takim wyczekiwaniu), którą pochłonąłem w jeszcze szybszym czasie, zarzuciłem na siebie plecak i wystrzeliłem jak z procy na szlak, aby mieć choć trochę przewagi nad całą resztą.

            Ostatecznie nie okazało się to aż takie istotne, bo bardzo szybko, za radą mojej mamy, skręciłem z głównego, czerwonego szlaku, na nieco trudniejszy żółty, wiodący bardziej stromym podejściem na szczyt, który jednocześnie okazał się być dosyć opustoszały. Z niewielu spotkanych na nim ludzi wyróżnił się pierwszy facet nadchodzący z przeciwległej strony, kiedy rozgrzany po pierwszym odcinku zdejmowałem zbędne warstwy ubrań. Z lekko szalonym wzrokiem i rozwianymi, długimi włosami powiedział mi, abym uważał, bo słyszał w okolicy niedźwiedzia, a w dodatku na szczycie mocno wieje, po czym od razu pognał dalej. Cóż, to że wieje nie ulegało wszelkim wątpliwościom, a potencjalnymi niedźwiedziami już nie miałem nawet siły się przejmować, zwłaszcza w dzień na popularnym szlaku, więc po prostu ruszyłem dalej, co najwyżej baczniej nadstawiając uszu.

Nieco wyżej, kiedy las się przerzedził, ukazał mi się olbrzymi, surowy masyw północnej ściany Babiej Góry, pod którą wiódł mnie mój szlak. Przyznam, że trochę mnie onieśmielił jej ogrom i stromizna połączona ze stale wzmagającym się wiatrem, którego nie hamowały już żadne drzewa oraz ciężka szarość kłębiących się wyżej chmur zupełnie zakrywających szczyt. Plecak nagle zrobił się jakby cięższy i uwierający, a stopy mniej pewne przyczepności. Stwierdziłem, że najlepiej będzie, jak najmniej myśleć o czymkolwiek, żeby się przez przypadek nie wystraszyć za bardzo. No bo bez przesady, to nie żadna trasa wspinaczkowa w Alpach, żebym miał jakieś realne problemy. Taką miałem przynajmniej nadzieję. Ostatki leśnej trasy w końcu rozbiły się o skalne rumowisko z przytwierdzonym łańcuchem jasno komunikującym, że żarty się skończyły. Minąłem tam jeszcze rodzinkę z dziećmi, o których w duchu się trochę zmartwiłem, że też zamierzają tędy podchodzić, co nie pomogło mi wcale w uspokojeniu samego siebie. No nic, znowu spróbowałem oczyścić umysł, wziąłem głęboki oddech prosząc w duchu tylko o to, aby w najbliższym czasie nie rozpętała się jakaś burza, kiedy będę w połowie ściany. Ścisnąłem dłonią zimny łańcuch i postawiłem pierwszy krok na gołej skale.

<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36


Opublikowano

w

przez