Na szczęście przyroda wokół wciąż dopisywała i było po prostu pięknie. Najpierw przeszedłem przez dolinę, której płaskie dno wypełniał obszar bagien i torfowisk, gdzie pełne słońce grzejące zielone, wilgotne połacie rozmaitych krzewów i kwiatów tworzyło ciężką, parną atmosferę. Wszędzie dookoła za to otaczały mnie wzniesienia zarośnięte smukłymi bukami, gdzie też niechybnie skierowała mnie ścieżka. Przez chwilę stanąłem na rozwidleniu dróg z dylematem, czy nie spróbować skrócić sobie odrobinę trasy ścinając wijący się przy granicy zakręt czerwonego szlaku żółtą odnogą przechodzącą przez teren Słowacji. Było to kuszące, ale jednak obawiałem się, że taka pochopna improwizacja jakoś się na mnie zemści. Nie wiem, może szlak będzie źle oznaczony i się zgubię w obcym państwie, kto to wie.

Poszedłem więc dalej dłuższą i pewniejszą opcją by po chwili już całkowicie zanurzyć się w odmładzającej, pełnej wigoru energii, którą zdają mi się emanować bukowe lasy. Ich zieleń jest jakaś taka bardziej przejrzysta, nasycona i przestrzenna. Stwierdziłem, że to dobre otoczenie, aby poświęcić w nim chwilę na regenerację i posiłek. Z ulgą rozrzuciłem klamoty i czym prędzej zacząłem składać swoją mini kuchenkę gazową. Nie pisałem tego wcześniej, ale poprzedniego dnia w schronisku, rozmawiając z mamą został mi przekazany cudowny sposób na nadanie zdechłym już trochę kanapkom z serem drugiej młodości. Jako że nie szczędziłem im ani masła, ani sera, to wystarczyło pokroić je w kostkę i wrzucić do grzejącego się na ogniu garnuszka, aby uzyskać ciepłą, skwierczącą i aromatyczną masę grzankową. Jakie to było dobre. Od tej pory już ani razu nie zjadłem na tej wyprawie zimnej kanapki. Pozwoliłem sobie na jeszcze chwilę błogości w bezruchu, ale czas gonił i każde kolejne 10 minut przestoju mogło zadecydować o tym, czy ostatni fragment drogi do schroniska będę przemierzał w świetle lub o zmroku. Nie mniej te dwie kanapki transformowane w grzankową masę naprawdę sprawiły, że poczułem się jak młody bóg i po załadowaniu manatków wypełniony pozytywną energią pognałem dalej.

Od tego momentu czas już bardzo szybko mi mijał wraz z pokonywaną drogą. Czułem, że wykonuję swoje zadanie jak krocząca maszyna i mimo wyraźnego zużycia stawów i braku możliwości zwilżenia swoich podzespołów byłem pewny, że bateria posiada wystarczający zapas energii. Udało się wręcz zdystansować osobistą perspektywę od wszelkich przejawów postępującego znoju, z którym i tak nie było już nic do zrobienia i przyjąć postawę spokojnego oczekiwania na nieuchronnie zbliżający się cel. Stan pełnej akceptacji swojego położenia zaowocował i w miarę bezboleśnie, nie wiadomo kiedy, przekroczyłem granicę Babiogórskiego Parku Narodowego.
<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
