W Pewnym Sensie

OPOWIEŚĆ O FACECIE IDĄCYM PRZEZ LAS

            Ranek niestety wita mnie małym, acz znaczącym opóźnieniem kursu, ponieważ te 15 straconych minut było całym zapasem na przesiadkę w pociąg do Ustronia, gdzie miałem wyjść na szlak. Mogłem tylko bezsilnie wpatrywać się w pokładowy zegar, którego wskazania uporczywie nie przystawały do krajobrazu za oknem. Za 10 minut odjeżdża pociąg, a my nawet nie wjechaliśmy do miasta. Za 5 minut odjeżdża pociąg, a dookoła ledwie przedmieścia. Za 1 minutę odjeżdża pociąg i w końcu się zatrzymujemy. Czekając na ten moment, jak sprinterzy na wystrzał, od razu wybiegam, nurkuję w luku bagażowym po swój plecak i biegnę na drugą stronę ulicy, gdzie znajduje się dworzec kolejowy. I kurde może nawet bym zdążył, gdyby tylko nie to, że po dobiegnięciu na peron przeczytałem w rozkładówce o tymczasowym podstawieniu autobusu zastępczego na mój kurs, który odjeżdża sprzed dworca. Tam już jednak nic na mnie nie czekało. Z gorzkim posmakiem porażki w ustach i marudzącym nastrojem udałem się do dworcowej kawiarni. Kolejny autobus za dwie godziny. Tragedii nie ma, ale frustracja kwitnie w najlepsze.

            Jest to szczególny rodzaj napierającej na klatkę piersiową gorzkiej emocji, która towarzyszy mi za każdym razem, kiedy coś się nie powiedzie, a mam wrażenie, że mogłem temu łatwo zapobiec. Tutaj boleśnie powracała do mnie stopklatka z e-podróżnika, gdzie szukałem optymalnych połączeń, na której widniało połączenie śląskich linii kolejowych, ale opatrzone dziwną ikoną, na której widniał pociąg i autobus. Zwróciło to wtedy moją uwagę, ale nie zagłębiałem tematu, bo przecież dużo czasu na przesiadkę. A teraz mogłem tylko zaciskać bezsilnie pięści i rzucać pod nosem klątwy w bliżej nieokreślonym kierunku.

Na szczęście szybko zreflektowałem się, że i ten niezbyt ciekawy stan ducha może stanowić równie dobry obiekt samoobserwacji i źródło informacji o własnej osobie, co mistyczne uniesienia, na które trochę liczyłem w tej podróży. Wpasowało to zastaną sytuację w kontekst wakacyjnej introspekcji i przynajmniej odrobinę mi ulżyło. Udałem się do dworcowej kawiarni i zająłem się pochłanianiem kolejnych pozycji z menu, żeby trochę się dobodźcować i znieczulić na wlekący się bezlitośnie czas. Niestety po kawce, ciasteczku i kanapce osiągnąłem już maksimum pojemności, którą mógł w siebie przyjąć mój organizm o 7 rano, a minęło dopiero pół godziny.

Patrząc się tępo w przestrzeń czułem przedzierającą się powoli przez wewnętrzny opór i lenistwo świadomość, że to już czas najwyższy i idealny do zrobienia pierwszego wpisu w swoim dzienniku podróżnym. Tak jest, jednym z postanowień wyprawowych było prowadzenie dziennika, gdzie zapisywałbym wszystkie swoje objawienia, sny, złote myśli i emocje. Mam słabość do zakładania takich magicznych zeszycików, które zawsze mają mi pomóc w organizacji swojego mentalnego chaosu, ale zazwyczaj charakteryzuje je dosyć krótki żywot. Wynika to z tego prostego faktu, że sam pomysł i ochrzczenie nowego zeszytu następuje zawsze w uniesionym stanie umysłu, co potem w zestawieniu z szarością i nużącą rutyną codzienności jakoś mnie deprymuje i pozbawia napędu, tak że po pewnym czasie aż mi głupio otwierać te zeszyty. Myślę, że to kwestia jakiegoś poczucia winy w związku z brakiem spełnienia swoich wyobrażonych ideałów. No i lenistwo zdecydowanie.

<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36


Opublikowano

w

przez